niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział 8, część 2

 

*Perspektywa Alice* 

 
-Gdy jest się serio głodnym, to najlepiej zjeść trochę krakersów i popić Nigh Trainem. One wtedy pęcznieją w żołądku i wystarcza to na jakiś czas.- Powiedział Axl i zabierając kilka, postąpił według własnych instrukcji. 
-Często tak robicie?- Jezu, mogłam ugryźć się w język, to chyba było trochę niegrzeczne- Znaczy wiesz… Nie sądzę, aby chciało wam się robić zakupy w marketach- Chciałam jakoś taktownie z tego wybrnąć.
-Daj spokój, nie mamy na to kasy.- Odparł i machnął lekceważąco ręką - Zwykle jemy tylko właśnie krakersy i pizze. U nas królują procenty- Zaśmiał się i wskazał na butelkę trunku. Nagle usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi, a do pokoju wparowała Victoria. Uśmiechnęłam się i pomachałam do niej. 
-Alice Richardson!- Zawołała, a w jej głośnie dało się słyszeć panikę i nutkę złości. Spojrzała na mnie, a potem na Axl ‘a i znów na mnie, zatrzymując się na rozciętej wardze. Podeszła do mnie i obejrzała dokładnie moją twarz. Siedzieliśmy w kompletnej ciszy. Choć sprawa była dość błaha, żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. Dziewczyna usiadła obok mnie i zakryła twarz dłońmi, wzdychając przy tym ciężko. 
–Ktoś mi wytłumaczy co się stało? 
-Mały wypadek, nic takiego- Powiedziałam siląc się na normalny ton. 
-Kłamiesz.- Odparła zmęczonym głosem.- Rose? Zerknęłam na niego, modląc się w duchu, by nie podkoloryzował całej historii. 
-Zostawiliście ją samą- Wycedził i omiótł Vicky pełnym złości spojrzeniem- Schlaliście się wszyscy jak świnie i zasnęliście na siedząco, podczas, gdy ktoś mógł zaciągnąć ją do kibla i zgwałcić.- Wypowiedział te słowa, cały czas wpatrując się prosto w jej oczy. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jakie szczęście miałam, że wyszłam stamtąd tylko z rozwaloną wargą. Poczułam się niesamowicie głupio, znów z mojego powodu są problemy. Victoria spojrzała na mnie z miną pełną żalu i mocno mnie przytuliła.
-Przepraszam, Allie- Wyszeptała nie odrywając się ode mnie. Po chwili dodała- A co z wargą? 
-Jakiś facet mnie z kimś pomylił i… No tego, ale Axl zdezynfekował ranę i wszystko już OK.- Oznajmiłam. Nagle zrobiło mi się smutno. Dlaczego to właśnie Axl był moim „wybawicielem” a nie Izzy? On pewnie nadal nie zdaje sobie sprawy z tego co się wydarzyło, albo raczej co mogło się wydarzyć. Coś o wiele gorszego niż byle rozcięta warga. Znów trzaśnięcie drzwiami. Jakiś bełkot. Do „salonu” wtoczyli się pozostali członkowie zespołu, nie, nie wszyscy, nie ma Izzy’ego. Slash wszedł jako pierwszy podtrzymując skacowanego Duff’a, co wyglądało bardzo śmiesznie, bo blondas był oczywiście dużo wyższy od niego. Za nimi niczym zombie, przyczłapał Steven. Skupił swój wzrok na kanapie i wyglądało na to, że obrał sobie jako cel życiowy dotarcie do niej. No, trzeba przyznać, że trochę to zajmie. Ups, gleba. 
-Ej, patrz, Duff- Wybełkotał Slash i wskazał na mnie palcem- Ona tu grzecznie siedzi, a ten dureń polazł jej szukać. – Spojrzałam na niego ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Cóż, kiedyś się dowie, że wróciłam. Tymczasem chyba wrócę do domu, Jamie przecież tam został. -Ja już pójdę- Wymamrotałam wstając.
-Co? Gdzie masz zamiar pójść o 8.00 rano?- Zapytała zdziwiona Victoria-Wszystkie bary są pozamykane.
-Do domu- Odparłam tylko, po czym potargają jeszcze fryzurę Stevena, który zrezygnowany padł na podłogę, ruszyłam do drzwi. Zaraz jednak poczułam, że ktoś łapie mnie za rękę. No kurwa. Odwróciłam się i jak można się spodziewać ujrzałam Vicky.
-Słuchaj, ja naprawdę muszę już wrócić. Nie chcę, żeby rodzice wysyłali za mną listy gończe- Sekundę później dotarło do mnie to, ze mogło zabrzmieć to zbyt absurdalnie. Dziewczyna spojrzała na mnie z powątpiewaniem.-No, byliby do tego zdolni- Dodałam już ciszej.
-Izzy mi powiedział- Rzekła tylko. Momentalnie zrobiło mi się gorąco, on jej powiedział? Powiedział, że mam tylko 15 lat i spierdoliłam sobie z domu. No dzięki, panie Stradlin. Wielkie kurwa dzięki. Wzięłam głęboki wdech i wydech, wygląda na to, że to koniec mojej życiowej przygody u boku popierdolonych rockmanów, suuper.
-Przepraszam- Mruknęłam pod nosem i nie czekając na nic, wyszłam. 

W TYM SAMYM CZASIE.


 *Perspektywa Jima* 


Muszę się ukryć, oni nie mogę mnie znaleźć. To bunkier? Tak, tak, to bunkier! Może ukryli się tam pozostali? Trzeba tylko otworzyć tą klapę. Cholerna klapa! Dlaczego ona musiała się zaciąć akurat teraz?! Nie, nie, nie, już ich słychać. No dalej, otwieraj się! Coś szarpnęło mnie za ramię, o nie, już po mnie! Ja nie chcę być jednym z zimnych, gnijących kreatur! Zostaw moją nogę idioto! Chwila, czy to coś mówi?! Co to jest?!
-Jim, jasna cholera, telefon do Ciebie!- Otworzyłem oczy i gwałtownie znalazłem się w pozycji siedzącej. Przed sobą ujrzałem twarz mamy. Dobry Boże, co do którego mam wątpliwości, nie wiem co gorsze, horda zombie, czy moja wściekła matka z samego rana. Rozejrzałem się po pokoju, ale oprócz mnie i moje rodzicielki nikogo tam nie było, uff. Żadnych krwiożerczych zombie nie ma, to był tylko sen. Chociaż było ciekawie, no. 
-Kto dzwoni?- Zapytałem śpiącym głosem. Ta jednak tylko rzuciła mi słuchawkę i ziewając wyszła z pokoju. Zabrałem ją i westchnąwszy przyłożyłem do ucha. –Haalo? 
-Jim, wiesz co się dzieje z Alice? Widziałeś ją może?- Usłyszałem zdesperowany głos w słuchawce. 
-Pani Richardson? 
-Tak. Widziałeś ją? Powiedz, proszę, Jim. Wczoraj wieczorem wyszła i nadal nie ma jej w domu, nie wiem, gdzie nocowała. Razem z jej ojcem odchodzimy od zmysłów! 
-… Nie widziałem jej, proszę pani. Przykro mi- Zamyśliłem się chwilę- Ale chyba wiem, gdzie może być. 
-O Boże, Jim.- Kobieta odetchnęła z wyraźną ulgą- Jeśli ją znajdziesz to przyprowadź ją do domu, bardzo Cię proszę. 
Rozłączyła się zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć. Doobra, dość dziwna sytuacja. Zerknąłem na zegarek 8.05, no dzięki. Z całego serca pragnąłem pobudki o tak wczesnej godzinie, naprawdę. Dobrze wiedziałem, gdzie jest Alice, no bo, gdzie indziej mogła by pójść jak nie do Hellhouse? Z tą całą Victorią, którą ledwo co zna. Nie miałem pojęcia, że jest aż taka lekkomyślna, nie spodziewałem się tego po niej. Okej, pójdę tam, co mi szkodzi. 

PÓŁ GODZINY PÓŹNIEJ.


 Zaciągając się raz po raz fajką, przemierzałem gorące ulice Los Angeles. Zastanawiałem się nad tym, co powiem dziewczynie, przecież nie wylecę z tekstem „Alice, Twoja mamusia dzwoniła. Musisz już wracać do domku”. Nagle przypomniało mi się o dzisiejszym spotkaniu, no kurwa. Jeśli teraz zaprowadzę ją do domu, to na 100% dostanie szlaban i chuj. To znaczy i tak pewnie dostanie, ale lepiej, gdy stanie się to po naszym wspólnym wieczorze. Właściwie to nie wiem, dlaczego ja zaprosiłem, jest nudna. Jednak ma to „coś” w sobie, co nie pozwoliło mi postąpić inaczej i po prostu ją olać. Kilka metrów dalej mignęła mi znajoma twarz. Czyżby to był Stradlin? Podbiegłem do niego, a wtedy on się odwrócił. No, no ciężka noc. -Cześć, Izzy- Powiedziałem. Spojrzał na mnie niewyraźnym wzrokiem. –Słuchaj, szukam kogoś, pomożesz mi? 
-Spierdalaj- Wymamrotał pod nosem i zaczął szukać czegoś po kieszeniach. Dobra, spróbuje jeszcze raz. Wyciągnął paczkę papierosów, która jak się okazało była pusta.- Kurwa. 
-Kojarzysz taką małolatę Alice?- Zacząłem ponownie. Na dźwięk jej imienia wzdrygnął się, ale nie podniósł na mnie wzroku. –Wiesz, gdzie ona jest? 
-Nie wiem, kurwa. Nie wiem- Odparł i ruszył przed siebie. Aha, czyli prawdopodobnie też jej szuka, no nieźle. Może by jednak pójść do Hellhouse? Stradlina jeszcze tam nie było. Chyba. 

*Perspektywa Izzy’ego* 


Kurwa, kto to był, co? Nie wiem o co chodzi, nie wiem , gdzie jest Alice, kim był ten facet i co się wydarzyło poprzedniej nocy. Kurwa, chyba nie miałem jeszcze tak zjebanego poranka jak dzisiejszy. No dobra, był gorszy. Wtedy, gdy obudziłem się całkiem nagi na dworcu kolejowym, a jedyna rzecz, którą miałem przy sobie to butelka winiacza. PUSTA. Potem musiałem wracać do domu zakryty tylko tą butelką. Podróż mojego życia. Jeżu, a ja tak starałem się wyrzucić to z głowy. Gdzie mój dom? Mój obskurny dom? Ta okropna rudera, w której przyszło mi mieszkać? Gdzie ja jestem, gdzie sens mojego istnienia? Jestem niespełniony, błagam pomóżcie mi wrócić do mojego słodkiego domu. Chcę do końca życia popijać wódkę z kryształowych kieliszków, siedząc na tarasie mojego słodkiego domu, gdzieś na odludziu. Słodkiego domu, słoodkiego doomu. Chodnik, chodnik do mnie płynie. Jest coraz bliżej, musze wyciągnąć do niego ręce. Chodź chodniczku, obaj jesteśmy samotni, przytulę cię. 

Zabolało. 
Chyba umarłem.
Czy jestem już w słodkim domu?

 KILKA MINUT PÓŹNIEJ. 

 

 Boli mnie ręka, czoło i… I głowa mnie boli. O matulu, moja głowa. Dlaczego moja ręka się rusza? Ktoś nią potrząsa? Chyba tak, ojej, ktoś krzyczy. Stradlin, idioto, otwórz te jebane oczy i ogarnij się bo zaraz psy cię zgarną, a wtedy to będzie kurwa problem. Nie, niech ten ktoś się zamknie. Kurwa, moja głowa. 
-Izzy, skurwielu, wstawaj!- Chyba znam ten głos, a może jednak nie? Ała, nie bij mnie, ja się staram! Powoli otworzyłem jedno oko, ale gówno zobaczyłem, bo zasłaniała mi je grzywka. No dobra, otwieram drugie, o chmurka! Alice? Podniosłem się do pozycji siedzącej i wlepiłem w nią swój wzrok. W jej oczach zobaczyłem czystą panikę, ale i złość, miała zacięty wyraz twarzy. Bez słowa wstała i podała mi rękę, chwyciłem jej dłoń i dźwignąłem się na nogi.
-Rozciąłeś sobie skroń- Mruknęła. Dotknąłem palcem we wspomniane miejsce i poczułem ciepłą ciecz na nim.
-Kurwa- Zakląłem głośno i wytarłem krew w bluzkę.– Alice, przepraszam. –Dodałem po chwili, dziewczyna niewzruszona stała dalej- Nie… Nie wiem co się wydarzyło wtedy w Cathouse, że stamtąd wyszłaś. Cholera, naprawdę przepraszam- Nie wiedziałem co mam jeszcze powiedzieć, przecież ja nawet nie wiem co się stało, no ludzie. Dziewczyna uśmiechnęła się gorzko i westchnęła. -Jakiś facet się do mnie przyczepił i z niewiadomego powodu uderzył w twarz. Nagle niewiadomo skąd w barze pojawił się Axl i gnój spierdolił. Potem siedziałam z rudym w Hellhouse. To chyba tyle- Powiedziała i machając mi na pożegnanie poszła w kierunku swojego domu.
-Alice! Poczekaj!- Zawołałem po paru chwilach i pobiegłem za nią. Przystanęła i spojrzała na mnie niechętnie.
– Wiem, że jesteś na mnie wkurwiona, ale… 
-Zamknij się, kurwa, zamknij!- Przerwała mi.-Pewnie, że jestem wkurwiona, bo trochę nie na miejscu było pójście ze mną do baru, a potem samemu uchlanie się do nieprzytomności. Kurwa, Izzy, to było najzwyczajniej w świecie chamskie i kurwa, nietaktowne. Nie winie Cię za ten incydent z tym facetem, ale gdybyś nie zezgonował, to nic takiego by się nie stało. Jezu, nieważne. Nic mi nie jest i najlepiej o tym zapomnieć. –Dodała i odeszła.
-Przepraszam- Wyszeptałem, ale ona już mnie nie usłyszała. Nie chciałem jej zatrzymywać. 
Pierdole to.


 

2 komentarze:

  1. piękne to zdjęcie Izziego xD Chyba sobie ustawię na tapetę 8)
    lalalala, rozdział supi.
    Stradlin ma za swoje. Kac morderca, bla bla bla. I dobrze mu tak. Biedna Alice ;-;
    Te, właśnie! To z krakersami to serio działa! xD
    Wracając... Cóż, dziewczyna wraca do domu raczej z kiepskim humorem. I co się jej dziwić. Tym bardziej, że jej rodzice do najluźniejszych ludzi nie należą ;-; *3ma kciuki*
    Jim tak neutralnie. Vicky w sumie też.
    Ale rozdział naprawdę supi, podoba mi się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ja nie umiem, Vicky jest postacią raczej drugoplanową i nie wiem co zrobić, by choć trochę zabłysnęła. A Jim, Jim był na próbę, ale nie dobrze piszę mi się z jego perspektywy, więc raczej już nie będzie przemawiał.
      Ciesze sie, ze sie podoba! C:

      Usuń