Rozdział
I.
1986
Los Angeles
Tyk, tyk, tyk-Spojrzałam
na nieduży, jaskrawo-czerwony zegar, stojący na biurku. Dochodziła 20:00 w
piątkowy wieczór, który po raz kolejny spędzam sama. Mogłabym gdzieś wyjść, odstawić
kubek zimnej herbaty i przerwać tę monotonie. Teoretycznie właśnie tak było, jednak
ku wielkiemu rozczarowaniu w praktyce wyglądało to oczywiście inaczej. Nie
mogłam, a może nie chciałam? Pałam zbyt wielką niechęcią do życia by zrobić coś
by to życie urozmaicić, głupie nie? Dopóki jestem tu, czyli w swoich
błogosławionych czterech ścianach, jestem bezpieczna. Mimo niemal całkowitego odcięcia
od świata zewnętrznego, od ludzi od choć w miarę normalnego życia, jest mi tu
dobrze, to znaczy było. Nie wiem o co chodzi, czuje, ze dłużej już tego nie
zniosę. Jest mi źle ze sama sobą, jakiś wewnętrzny głos mówiący, ze powinnam
coś z tym zrobić wręcz rozdziera mnie od środka, nie chce go słuchać, jest mi
tu dobrze. Jest mi tu dobrze, powtarzamy. Nie wytrzymam, błagam nie wytrzymam
tego.-Nie wytrzymam tego, słyszysz?!-Wcale nie chciałam powiedzieć tego na
głos, to chyba niedobrze, gdy człowiek zaczyna mówić sam do siebie. Uspokój się
Alice.-Uspokój się-Chwyciłam czarną bluzę leżącą na krześle i zbiegłam na dół. Światło
na moment odrobinę mnie oślepiło, przymknęłam oczy starając się rozpoznać osoby
siedzące w salonie. Jakaś kobieta i facet w podeszłym wieku popijali parujący
napój z ulubionej zastawy mamy, oho! Czyli nie byle goście. Zastanawiałam się
chwilę nad tym czy przyjść i przywitać się gdy nagle ów kobieta zauważyła mnie
i uśmiechnęła się promiennie. Postanowiłam zejść. Wchodząc do pokoju zauważyłam
jeszcze jednego gościa, był nim na około 16 letni chłopak, dość nietypowy. Długie
kruczoczarne włosy zasłaniały mu niemal całkowicie twarz, pochylał się nad
akustykiem taty, dotykając go niemalże z czcią. Ubrany w czarne skórzane
spodnie i wytartą czarną bluzkę z logiem Aerosmith zrobił na mnie duże
wrażenie. Był trochę umięśniony, tak idealnie. Jego poza, ręce delikatnie dotykające
strun...Było w nim coś takiego co od razu przyciągało, nie sposób było oderwać
od niego wzrok. Hipnotyzujący, tak, tak bym go ujęła. Zorientowałam się, że
wszyscy oprócz ów tajemniczego chłopaka wpatrują się we mnie, uśmiechnęłam się
niepewnie i przywitałam się krótkim „Dobry wieczór” Dopiero wtedy chłopak
zwrócił na mnie uwagę, co trochę mnie speszyło. Spojrzał na mnie zielonymi
oczyma, kąciki jego ust drgnęły niemal niezauważalnie w lekkim uśmiechu,
powrócił do wpatrywania się w gitarę. Spuściłam wzrok. Mama przedstawiła mi gości,
byli to nowi znajomy z pracy taty, ten chłopak to ich syn. Zapytali mnie jak
mam na imię.-Alice- Powiedziałam wymuszając uśmiech, czułam się dziwnie będąc w
centrum zainteresowania. Po chwili mój tata zaproponował temu chłopakowi by
poszedł ze mną do mojego pokoju, widać było, że chce mieć jak najlepsze
kontakty ze swoimi współ pracownikami. Nie byłam szczególnie zadowolona z tego
powodu, jestem raczej nieśmiałym człowiekiem, a jego obecność dodatkowo mnie
onieśmielała. Spojrzał się na mnie drugi raz tego wieczoru i pozwolił bym szła
pierwsza, nic nie mówił. Gdy znaleźliśmy się pod drzwiami mojego pokoju,
westchnęłam cicho, kiedy wchodził tu ktoś prócz mnie i moich rodziców?
Otworzyłam drzwi i gestem dłoni pokazałam mu by wszedł do środka, sama usiadłam
na łóżku. Rozejrzał się po pokoju z lekkim uśmiechem na twarzy, na ścianach
bowiem wisiały plakaty takich zespołów jak Aerosmith czy The Rolling Stones. Chyba
przypadkowo zrobiłam na nim wrażenie. Odwrócił się do mnie i po prostu się
przedstawił.
-Jestem
Jim-odgarnął włosy z czoła i… Chyba czekał aż się odezwę.
-Alice ale to
już chyba wiesz-Uśmiechnęłam się niepewnie, czułam się dziwnie sam na sam z
Nim.
-Wiem, miło
mi.-Nic już więcej nie powiedział, wyciągnął tylko z kieszeni paczkę fajek i
nie pytając o nic, włożył sobie jedną do ust i podpalił. Wpatrywałam się w
niego jak w boga, w końcu otrzymał po jednym imię. Jim, Jim Morrison, tak
cudowny człowiek. Gestem dłoni zachęcił mnie abym się poczęstowała, trochę
niepewnie ale wzięłam i tak jak On zasmakowałam niemalże duszącego dymu.
Właściwie to nie paliłam nigdy wcześniej, może raz się zdarzyło ale nie
pamiętam tego. Jim wpatrzony był w ulice za oknem, raz po raz zaciągał się sie
papierosem, był taki rozluźniony, wydawało by się, że żadne problemy nie są w
stanie go dosięgnąć. Miał taki błogi wyraz twarzy podczas, gdy mnie stres
zżerał od środka. Wtem na schodach rozległy się kroki, chłopak westchnął i
wyrzucił tlącą się jeszcze fajkę za okno, natomiast ja-życiowa sierota zamiast
postąpić tak jak On, dalej grzałam miejsce na łóżku, brawo. Drzwi lekko się
uchyliły i do pokoju wszedł mój tata, pociągnął nosem i spojrzał na mnie.
Momentalnie zrobiłam się cała czerwona na twarzy, jednak nie poruszyłam się
czekając na wrzaski. Jim wpatrywał się we mnie z przepraszającym wyrazem
twarzy, świetnie ale dużo mi to nie pomoże.
-Twoi rodzice
szykują się już do wyjścia, Jim.- Powiedział siląc się na uśmiech-Natomiast
Ty-Zwrócił się do mnie-Pożegnaj się z kolegą i za 15 minut widzę Cię w
salonie-Odwrócił się i wyszedł, starając się nie trząsnąć drzwiami. No to mam
przejebane.
- Mmm, w takim
razie..Do zobaczenia?- Powiedział jak gdyby nigdy nic ten palant.-Przepraszam
za tamto-Uśmiechnął się szczerze jakby to była zabawna sytuacja, w chuj.
Wyszedł. Szybkie kroki po schodach i chwila rozmowy na dole. Dźwięk zamykanych
drzwi. Wdech i wydech. Postanowiłam zejść na dół, powoli i delikatnie stąpając
po schodach, zobaczyłam przy drzwiach mamę, była zła, w cholerę. Gestem dłoni
pokazała mi, żebym weszła do salonu. No to wchodzę. Na fotelu siedział mój
rodziciel, nie patrzył na mnie, mama usiadła na fotelu obok, no to zaczyna się
typowa rodzicielska pogadanka typu „Gdzie popełniliśmy błąd?!”, „Chcemy dla
Ciebie jak najlepiej. A Ty co dajesz nam w zamian?!” Przygotowałam się na to. Trochę
niepewnie aczkolwiek zajęłam miejsce na
kanapie, nie musiałam długo czekać aż coś powiedzą. Pierwszy odezwał się tata.
-Skąd miałaś
papierosy?- Spojrzał mi prosto w oczy. Zastanawiałam się czy powiedzieć mu
prawdę, nie chciałam jednak wkopać Jima, no cóż..Musiałam.
-Jim mnie
poczęstował-Odpowiedziałam cicho, bojąc się trochę reakcji ojca.-To było głupie
z mojej strony, że się zgodziłam, wiem. Przepraszam Was bardzo i obiecuje, że
to się więcej nie powtórzy. – Musiałam ich jakoś przekonać, kto wie jaką kare
wymyślą.
-Tak, to było
bardzo głupie, widzę jednak, że żałujesz tego. – Zamyślił się chwilę- Szlabanu
nie będzie to było jak na razie tylko ostrzeżenie, mam nadzieje, że sytuacja
więcej nie będzie miała miejsca. Zastanów się nad tym, papierosy to nic
dobrego, jesteś mądrą dziewczyną, powinnaś o tym wiedzieć. – Wstał i oznajmił-
Możesz iść do swojego pokoju.
-Dobranoc-
Powiedziałam tylko i po paru szybkich krokach byłam już w swoim pokoju.
Odetchnęłam z ulgą. Nie miałam najmniejszej ochoty spędzić tu reszty wieczoru,
po chwili zastanowienia otworzyła szafę i zaczęłam przeglądać jej zawartość,
było tragicznie. W końcu zdecydowałam się na czarną bluzkę na ramiączkach z
logiem Aerosmith, jasne, gdzieniegdzie dziurawe spodnie i zwykłe czarne
trampki. Ubrałam się i chwyciłam ramoneske. Wzięłam jeszcze tylko portfel,
przeczesałam włosy i nałożyłam trochę tuszu na rzęsy. Zbiegłam po schodach i
krzyknęłam tylko, że wychodzę. To wszystko zrobiłam niemal w szaleńczym tempie,
dopiero na ulicy poczułam że mogę się rozluźnić. Zastanawiałam się gdzie
pójść.- Jestem taka głupia- Pacnęłam się głowę. Mieszkam tak blisko Sunset
Strip a nigdy jeszcze tam nie byłam, czas się wybrać. Rodzice zawsze mi
powtarzali bym tam nie chodziła bo to nie jest okolica dla mnie, świetnie ale muszę wyrobić sobie własne zdanie, nie? Rozejrzałam się dookoła z uśmiechem na
ustach i poszłam w stronę Sunset, byłam coraz bliżej, gdy zauważyłam dość
misternie wykonany plakat, podeszłam bliżej, napis głosił „Rockandrollowa
impreza na której wszyscy nawalą” Okej… Postanowiłam, że pójdę, doczytałam
jeszcze, ze jest to w klubie Troubadour. Szłam tak ulicą i mijałam dość
oryginalnych ludzi, byłam nimi zachwycona. Po jakimś czasie zobaczyłam wielki
napis z nazwą klubu , do którego zmierzałam.

