sobota, 29 listopada 2014

Rozdział 10 "Alice"



 Zastanawiam się, czy osoby, które wcześniej czytały TO, nadal tu wchodzą. 
Wątpię. Przepraszam. 
Nie obiecuje, że w ciągu najbliższego miesiąca pojawią się kolejne rozdziały, bo zwyczajnie brak mi weny. No i mam słomiany zapał, bardzo. Póki co, czytajcie!




*Perspektywa Alice*

Nie wierze, że go oddała. Jak ona mogła to zrobić?! Przyszedł jakiś koleś z ulotką w ręku, a ona tak po prostu powierzyła życie Jamie’go temu facetowi, ot tak! Moja matka nie ma serca. Jak Morrisona kocham, nie ma.
-Alice!- Z dołu dobiegł mnie głos taty. Oho, ale będzie. Zwlokłam się z łóżka i w samym szlafroku i kapciach zeszłam na dół. Przy schodach stał mój rodziciel, wzięłam głęboki wdech i uśmiechnęłam się trochę niepewnie. Spojrzał na mnie a w jego oczach ujrzałam złość, troskę i.. Coś czego nie potrafiłam zidentyfikować.
-Znalazłaś sobie nowe towarzystwo, hm?- Zapytał, nie odrywając ode mnie wzroku. Widocznie nie wiedział, że poza kilkoma znajomymi ze szkoły, to nie nigdy nie miałam nikogo takiego. Milczałam, czym tylko potwierdziłam jego słowa.

*Perspektywa Mii*

O Lennonie, jaki upał. Ja tu chyba zaraz zdechnę, położę się plackiem na chodniku i skonam. Spojrzałam na niebo, z którego lał się żar, zaraz jednak zauważyłam ogromne, ciemne chmury, które nie zwiastowały nic innego jak wielkiej ulewy. Zastanawiałam się, czy przyspieszyć, albo jednak poczekać na deszcz, by się ochłodzić. Nie, będę wyglądać jak zmokła kura.
Przyspieszyłam kroku. Byłam już na Fuller Avenue, gdy z nieba lunął zimny deszcz. Przeklęłam pod nosem i szybko nakryłam włosy ramoneską, którą wcześniej trzymałam na rękach. No świetnie, kurwa. Dobra, spokojnie, to tylko deszcz. Nic się nie stanie, gdy zmoczy twoje włosy, zdejmij kurtkę- Posłuchałam swojego wewnętrznego głosu i zarzuciłam nakrycie na ramiona. Po chwili wybuchłam głośnym, niekontrolowanym śmiechem, miałam ochotę tańczyć wśród kropel deszczu. Przechodnie patrzyli się na mnie jak na człowieka o niezbyt zdrowym umyśle, ale mi widocznie udzielił się ten hipisowski klimat. Przecież nie było w tym nic złego, a jeśli nawet? Kogo to interesuje. Wdepnęłam w małą kałużę, mając ochotę się w niej zatopić. Wszystko wokół mnie wirowało, a ja czułam się po prostu fantastycznie.

15 MINUT PÓŹNIEJ. 

-Imagine all the peopleee- Ciągnęłam dalej, nie przejmując się tym, że kompletnie nie umiem śpiewać- Living life In peaaacee, juhuhuhu- O, Hellhouse. Przerwałam mój śpiew, a mina od razu mi zrzedła, jak tylko przypomniałam sobie dlaczego tu przyszłam. Och, weź się w garść, Mia. Otworzyłam drzwi i nieświadomie skradając się, weszłam do tak zwanego salonu. Na rozpierdolonej kanapie, siedzieli Axl i Steven. Nawet nie zauważyli, że jestem, bo zajęci byli zawziętym komentowaniem jakiegoś durnego programu w TV.
-Ekhm... Cześć- Odezwałam się w końcu, a ich wzrok powędrował na mnie. Oparłam się o brudną ścianę i uśmiechnęłam się do nich. Rose przyglądał mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy, jednak nie ruszył się z miejsca. Co mam zrobić, Lulu? Hej, ale właściwie, to nie mam nic do powiedzenia, wiec dlaczego to ja mam zacząć rozmowę? Chuj z tym.
-Axl, zdrzemnę się w twoim pokoju- Oznajmiłam i nie czekając na odpowiedź, powędrowałam we wspomnianym kierunku.
Ogarnęłam wzrokiem pokój. Na „łóżku” walało się kilka zdartych płyt, butelki (Niestety puste) i paczka fajek. Fu, bokserki. Zrzuciłam wszystko z łoża, ściągnęłam w pośpiechu buty i ułożyłam się wygodnie pod kocem. Nagle drzwi do pokoju otworzyły się i ujrzałam w nich, nikogo innego, jak rudego. Nie patrząc na mnie, usiadł w rogu łóżka i spuścił wzrok.
-Nie chciałem, żeby tak głupio wyszło- Odezwał się po długiej chwili milczenia. Zerknęłam na niego z pod przymkniętych powiek, ale nie odezwałam się.- Załatwiłem nam koncert w Troubadour. Jutro- Dodał, kompletnie zmieniając temat. W duchu mu za to podziękowałam.
-To świetnie, Axl. Naprawdę się cieszę- Wbrew pozorom, było to całkiem szczere. Nie miałam siły na żadne złośliwości, to też nie kontynuowałam tej jakże interesującej konwersacji i zamknęłam oczy, starając się popaść w objęcia Morfeusza. Zaraz jednak poczułam, że Rose układa się obok mnie. Wstrzymałam oddech, jednak ten leżał nieruchomo, bez słów. Po krótkiej chwili zastanowienia, odwróciłam się w jego stronę i wtuliłam się w niego. Zaskoczony drgnął, lecz chwilę później poczułam delikatny pocałunek na czole. Nie ukrywam, że zrobiło mi się kurewsko miło.
-Mój starszy braciszek- Szepnęłam. Otworzyłam oczy i uśmiechnęłam się. Nie spodziewałam się takiego wyrazu twarzy jakim mnie obdarzył. Był zły i zawiedziony, ale co znów?
-Mia, kurwa, czy ty tego nie widzisz?!- Podniósł głos. Wkurwiony usiadł i zacisnął dłonie w pięści. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego pytająco, ale ten odwrócił wzrok w drugą stronę.
-O co ci znów chodzi?- Zapytałam i usiadłam obok niego po turecku. Być może znajdowałam się zbyt blisko, ale pieprzyć to. Dobrze wiedziałam, że nie był by w stanie mnie uderzyć. Popatrzył na mnie, wyraźnie szukając czegoś w moich oczach. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Odsunęłam się lekko, a on wstał i wyszedł pokoju trzaskając drzwiami. Zrezygnowana opadłam na łóżko, jednak ni chuja nie mogłam zasnąć.

*Perspektywa Steven’a*
 
-Co za paskudna atmosfera- Mruknąłem pod nosem. Zaburczało mi w brzuchu, więc sięgnąłem po butelkę i pociągnąłem z niej spory łyk, niestety głodny byłem nadal.- Kurwa- Zakląłem cicho i zacząłem przeszukiwać kieszenie, które oczywiście były całkowicie puste, jakby inaczej. Może Izzy kopsnął by nieco kasy? Ano, ale gdzie on właściwie jest? Może by go poszukać, czy coś? Nie, to duży chłopiec, da sobie radę. Jakby tak pomyśleć, to jest on jedynym żywicielem naszej popierdolonej rodzinki, więc dobrze by było, gdyby się znalazł.
Trzask.
Tup tup tup.
Trzask.
Odwróciłem głowę w kierunku, z którego dochodziły dźwięki, ale niestety zrobiłem to zbyt późno, aby widzieć coś więcej niż rude kudły znikające za rogiem. Ach, normalka.







sobota, 27 września 2014

Rozdział 1 I'm on the Nightrain



1986 rok, Los Angeles.
Jest wieczór, Sunset Strip budzi się do życia. Panie i panowie, zaczyna się gra. Witamy w dżungli!
-Amando, pożegnaj Jima i Janis- Do pokoju dziewczyny weszła Nana. Stanęła w drzwiach i wyczekująco patrzyła na pogrążoną w rozmowie pannę Anderson- No już, idziesz ze mną do Roxy- Dodała i nie czekając na odpowiedź, otworzyła szafę i tupiąc nogą przywołała spojrzenie Amy. Uśmiechnęła się do niej szeroko i zachęcająco wskazała na stos ubrań. Amanda musiała się czuć bardzo swobodnie siedząc obok Morrisona w samej bieliźnie. Niechętnie podeszła do szafy, wcześniej żegnając się z przyjaciółmi, opadła na podłogę i zamyślona wpatrywała się w nieokreślony punkt gdzieś między ubraniami.
-Ana, naprawdę muszę tam iść? Wiesz dobrze, że wolałabym…- Zaczęła, ale nie dane jej było dokończyć.
-Wiem, co byś wolała. Przesiedzieć całe życie w trójkącie Bermudzkim, czyli pokój- kuchnia- łazienka. Tak kochana, strasznie to brzmi, nie?- odparła i usiadła na łóżku, ani na chwilę nie spuszczając oczu z dziewczyny.- Radze ci się nieco pospieszyć, bo chłopaki będą tu za jakieś 15 minut. Na blondynce nie zrobiło to absolutnie żadnego wrażenia, gdyż nadal bezczynnie siedziała na podłodze i bawiła się włosami.
-Och, no proszę Cię Amy- Podeszła do niej i przytuliła ją- Tak bardzo, bardzo ładnie prooszę- Ucałowała ja w policzek i po krótkim zamyśleniu wyciągnęła z szafy czarną bluzkę na ramiączkach z Kiss. Podała ja dziewczynie, która z teatralnych westchnięciem włożyła ja na siebie. Dała jej również ciemne, starte dżinsy i skórzany pasek. Z szuflady wygrzebała jej ulubione bransoletki i wisiorki, ułożyła je na szafce i wyszła z pokoju posyłając Amy buziaka.
Tymczasem w Hellhouse pojawiły się pewne problemy. Slash zaginął. Część zespołu twierdzi, że po prostu leży gdzieś narąbany i jak tylko się obudzi, to przyjdzie. Mowa tu o Stradlinie i McKaganie, którzy podeszli do tego bardzo optymistycznie. Natomiast pan Rose i Adler mają całkiem inne zdanie na ten temat i do głowy cały czas przychodzą im najczarniejsze scenariusze. Axl nawet wpadł w furie kiedy ktoś zapukał do drzwi, a okazało się, ze to tylko jakiś ćpun, który przyszedł do Stradlina, a nie ich gitarzysta. W jego oczach pojawiła się rządza mordu i nieznajomy ze strachem wymalowanym na twarzy został wykopany za drzwi. I tak miał szczęście.
-Dajcie już spokój- Odezwał się Izzy, gdy zobaczył, że wokalista po raz kolejny wygląda przez okno.- wszyscy dobrze wiemy, że Hudson nie lubi siedzieć w tej dziurze. Nic dziwnego, że jeszcze go nie ma- dodał, ale i tak nie wzbudziło to żadnej reakcji u Axl’a. Zrezygnowany westchnął głośno i zapalił nie wiadomo, którą już fajkę dzisiaj. Nagle ni stąd ni zowąd drzwi się otworzyły i stanął w nich…
-Slash!
Duff posłał Stevenowi spojrzenie mówiące „A nie mówiłem?”, Stradlin uśmiechnął się krótko do Saula, a Axl... Axl był wkurwiony, ale czy kogoś to zdziwiło? Sam Slash klapnął na kanapę z wielkim uśmiechem na twarzy i odchrząknął głośno.
-Co? Teraz mamy zacząć ci bić brawa, bo łaskawie raczyłeś się zjawić?- Zapytał niepokojąco cicho czerwony na twarzy Rose. Hudson spojrzał na niego zdziwiony, zaraz potem klepnął się w czoło i wyciągnął z kieszeni ramoneski zwitek papieru, który podał Rudemu.
-Zaprawdę powiadam wam, że załatwiłem nam koncert!


Okej, pojawiło sie coś na wzór prologu. Raczej nic się tu nie dzieje, ale dopiero sie rozkręcam, no ;-;. czytajcie i komentujcie! 

piątek, 26 września 2014

Info.

Trochę mi głupio, kompletnie olałam tego bloga i nawet nie zajęłam się nowym opowiadaniem. Potrzebowałam dłuuugiej przerwy. Właściwie to chciałam zakończyć "Alice" i nawet nie zaczęte "I'm on the Nightrain". Mam strasznie słomiany zapał i w tym problem. Ale wzięłam się w garść, zaczęłam już pisać i pierwszy rozdział drugiego opowiadania może pojawi się jeszcze w ten weekend. 


niedziela, 24 sierpnia 2014

I'm on the Nightrain.




BOHATEROWIE I CHARAKTERYSTYKA.


W. Axl Rose
  
 Wokalista  mało znanego zespołu Guns N Roses. Pochodzi z Lafayette, ale goniąc za marzeniami trafił do Los Angeles. Rudy Szatan, często naćpany psychodelikami (Ni e on jedyny) wyraźnie odcinający się lider zespołu, wredny, dość agresywny i nie zawsze rozumiany przez otoczenie. Wolny czas lubi spędzać na wielkim drzewie, które jest chyba jedyną żywą, dobrze funkcjonującą rośliną w ogródku przy Hellhouse. Morduje wzrokiem wszystkich, którzy są niebezpiecznie blisko jego ukochanej kryjówki. Nikt poza nim nie ma tam wstępu. Najbardziej z całego zespołu lubi  Stradlina, chłopak ma łagodnie usposobienie, więc właściwie tylko on umie uspokoić wkurwionego Rose’a. Jego najlepszą przyjaciółką jest Anastasia, która jest tak samo wybuchowa jak on. Poza drzewem, uwielbia wszelakie kluby ze striptizem. Bardzo dobrze czuje się na scenie, podczas koncertu Gunsów cały klub zamienia się w wielką dżunglę, z nim samym jako władcą

Saul Slash Hudson
 Gitarzysta prowadzący w Guns N Roses. Kudłata, czarna owca (A raczej baranek), Gość z natury nieśmiały, z tego powodu wyhodował swój bujny włos, za którym zwykle nie widać mu nawet oczu. Lubuje się w alkoholu, a jego największą miłością jest Jack Daniels. Facet niesamowicie kopci, i rzadko kiedy można go zobaczyć bez papierosa w ustach. Jego znakiem  rozpoznawczym jest gitara, papieros między wargami i genialny cylinder, który nie zna praw grawitacji. Slash nie lubi przebywać w piekielnym domu, więc bardzo trudno tam na niego trafić. Często można go spotkać w sklepach muzycznych, barach i klubach ze striptizem, oraz w tajemniczym miejscu, które znają tylko wybrani. Świetnie dogaduje się ze Stevenem, Anastasią  i  Lexi.


Izzy Stradlin
 Gitarzysta rytmiczny Guns N Roses. Tak jak Axl pochodzi z Lafayette. Jest istną oazą spokoju. Z  całego zespołu to on jest najbardziej odpowiedzialny, ale nie znosi swojej roli niańki. Zajmuje się dilerką, co bardziej mu odpowiada, bo bądź co bądź idzie z tego niezła kasa, którą ma tylko do siebie. No, w większości. Zwykle dużo czasu spędza za… ekhem kanapą w Hellhouse. Poza nią lubi jeszcze (Jak każdy z Gunsów) bary i kluby. Na scenie pozostaje w cieniu, gdzieś tam obok perkusji. Chłopaki śmieją się  z niego, bo przed koncertem zawsze poświęca sporo czasu na prostowanie swoich (zajebistych) włosów. Często potrafi nie odzywać się przez kilka dni, a podczas rozmowy  więcej słucha niż mówi. Ceni sobie samotność, ale na dłuższą metę bardzo go to męczy. Bardzo lubi towarzystwo Axl’a ,Amy i Lexi.


Duff McKagan
  Gitarzysta basowy w Guns N Roses. Człowiek Żyraf, to najlepsze określenie dla niego.  Pochodzi z Seattle i właśnie tam zaczęła się jego przygoda z muzyką. Michael (Bo tak naprawdę się nazywa) grał tam w zespole punkowym, jednak stwierdził, że i tak kupa z tego będzie i wyruszył do Los Angeles. Duff jest wesołą, pocieszną blondyneczką, która właściwie nie rozstaje się z butelką dobrej wódki. Szczery, bojaźliwy i pragnie skupić na sobie dużo uwagi. Kiedyś przegrał zakład i pofarbował się na blond, wyobraźcie sobie jaki wszyscy musieli mieć ubaw. Po ostrych libacjach alkoholowych, dobiera się do innych członków zespołu (Tak, wiem jak to zabrzmiało) Więc chłopaki zwykle ograniczają mu dostęp do jakiegokolwiek alkoholu. Oprócz klubów i barów, McKagan lubi włóczyć się po ulicach L.A., rozdając autografy słupom informacyjnym. Mimo, że znacznie góruje nad Axl’em to cholernie się go boi, gdy ten jest wkurwiony. Żyraf skrycie podkochuje się w Amy, jednak nigdy jej tego nie powie. Nigdy.

 Steven Adler
 Perkusista w Guns N Roses. Sympatyczny kudłacz, na którego wołają Popcorn. Facet z wiecznym wyszczerzem na twarzy, bardzo wrażliwy i pełen empatii. Lubi udawać samoloty i wiewiórki, czym niesamowicie wkurza Axl’a. Oszczędza pieniądze na kupno maszyny do wyrobu waty cukrowej. Lubi poznawać nowe osoby i niemal każdą traktuje jak przyjaciela. Steven to prawie taki hipis, prawie, bo często wdaje się w bójki. Lubi kontakt z naturą i jednym z jego celów życiowych jest doprowadzenie ogródka, przy Hellhouse do ładu. Jest jednak na to zbyt leniwy i niezbyt systematyczny. Pomijając bary, Adler uwielbia ogródek, na którym toczy wieczną walkę z Axl’em o drzewo. Darzy miłością swoje bokserki w stokrotki i tylko on nie uważa, że są pedalskie.




Anastasia  Dellias
 Najlepsza przyjaciółka Axl’a, którego poznała niedługo po tym jak pojawił się w Los Angeles. Wybuchowa osoba, której lepiej nie podpaść. Mieszka razem z Amy w jednej z kamienic na Sunset Strip. Pracuje w jednym ze sklepów muzycznych na Sunset. Bardzo trudno ją zrozumieć i potrzeba czasu, aby do niej dotrzeć, ale nie cierpi nachalnych ludzi. Kocha wylegiwać się w łóżku słuchając muzyki i paląc fajki. Nigdy się nie nudzi, bo głowę zawsze ma pełną pomysłów, chociażby miała to być jazda na wrotkach w środku nocy. Musicie wiedzieć, że Nana cierpi na bezsenność, to dlatego. Uwielbia Motorhead tak samo jak Slash a jej pasją jest fotografowanie. Panna Dellias ma wielu znajomych, jednak naprawdę niewielu z nich zasługuje na miano przyjaciół. Więc któż sobie zasłużył? Piątka popierdolonych rockmanów oraz dwie wcale nie lepsze dziewczyny.
 

Amy Anderson
 W przeciwieństwie do swojej współlokatorki, Amy jest raczej nieśmiałą osobą, co w żadnym wypadku nie wyklucza tego, ze ma nieźle zrytą banie. Nana  często nazywa ją Amandą, co niesamowicie ją denerwuje. Najlepiej czuje się przebywając  w domu, ale Ana postanowiła, że koniecznie musi to zmienić. Uwielbia miętowe lody i wianki z kwiatów. Pracuje jako kelnerka w Troubadour. Chłopaków i Lexi poznała dzięki Anastasii, która wpadła na genialny pomysł i pewnego popołudnia zaprowadziła ją, do ich rezydencji. Wieczorami rozmawia z Morrisonem i Joplin i zapewnia wszystkich, że to w żadnym wypadku nie są urojenia.



Lexi Harrison
 Totalna hipiska, gdziekolwiek się zjawi czuć klimat lat 60’ tych. Czasem pomieszkuje w Hellhouse, albo u Nany i Amy, jednak zwykle śpi w parku, bo „Słuchaj stary, integruje się z matką naturą. Tam jest mi dobrze” Że też gliny nigdy się jeszcze nie przyczepiły. Motywuje Stevena do pracy nad ogródkiem i wygraża Axl’owi, gdy ten pluje na niego z drzewa. Zarabia poprzez granie na gitarze na ulicy i w barach. Uwielbia spędzać czas z Gunsami i oczywiście z Amy i Naną, w ich spotkaniach częstym gościem jest też LSD. Kocha Jefferson Airplane, Joplin, Doorsów i Hendrixa. Jako jedyna wierzy w wieczorne rozmowy Amy z umarłymi ćpunami. 







 Co o tym myślicie?

sobota, 23 sierpnia 2014

INFORMACJA.

Następny rozdział pojawi się najpóźniej we wtorek, ale ja nie o tym teraz. Od niedawna zaczęłam myśleć nad pisaniem nowego opowiadania, to aktualne oczywiście zostanie.
Tematyka właściwie ta sama, ale..och no, zobaczycie!
W przyszłym tygodniu, powinien pojawić się prolog (Albo od razu pierwszy rozdział)
No, chciałam też poruszyć  ważną dla mnie kwestie.
Komentarze, tum tum tuuum.
Dziękuje bardzo, bardzo mocno Julii, która komentuje niemal każdą moja wypocinę. To po pierwsze.
Po drugie, równie bardzo brakuje mi komentarzy od innych osób, wiem i dziękuje, że są osoby, który pozostawiły kilka słów pod 2-3 notkami. Serio, dzięki.
Te kilka słów naprawdę motywuje. Nawet jeśli jest to coś w stylu "Nie podoba mi się, bo...".
Miło by mi było, gdybyście dzielili się swoimi opiniami na temat bohaterów opowiadania, ich działań  itp.
Dziwnie mi tak, gdy zobaczyłam, że wczoraj było 40 wyświetleń, a  komentarz tylko od Rocket Queen. :|
Dobra, kończę marudzenie i kontynuuje pisanie rozdziału. 
Pozdrawiam!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział 9

 Rozdział dedykuje Rocket Queen.
(PS: Czekam, Julia, teraz ja czekam. :C )
Mile widziane słowa krytyki, serio.
Naprawde mi miło, gdy napiszecie chociaż 
"Przeczytałem-, podoba mi się/nie podoba mi się.
 

 *Perspektywa Alice*

 Co za popieprzona sytuacja. Nie dało się tego inaczej podsumować, cholera. I co ja mam z tym zrobić, hmm? Dać sobie z nim spokój? Myślę, że to będzie najlepsze wyjście. Chciałabym czuć się przy nim dobrze, bezpiecznie, ale to jest właściwie niewykonalne. Muszę od nich wszystkich odpocząć, wracam do domu, przecież ja jestem tylko zwykłym dzieciakiem, zwykłym, głupim dzieciakiem. 
-Alice!- Usłyszałam i poczułam lekkie szarpnięcie za rękę- Idziesz do domu?- Odwróciłam się, a serce prawie mi stanęło. Moje oczęta ujrzały nikogo innego jak Jima, bynajmniej nie Morrisona, a szkoda. 
-Tak, a co? Moja mama wysłała już listy gończe?- Zaśmiałam się głośno. Chłopak spojrzał na mnie jakoś dziwnie i uśmiechnął się równie szeroko. 
-Nie całkiem, choć to byłoby coś- Odparł i dodał po chwili wahania- Pamiętasz o dzisiejszym wieczorze?- Jasne, że pamiętałam, trudno zapomnieć o czymś takim. Niestety musiałam odmówić. 
-Przepraszam, Jim, ale nie mam najmniejszej ochoty na żadne spotkania- Bądź co bądź ale to było najszczerszą prawdą. Na jego twarzy nie zmieniło się zupełnie nic, może tylko oczy zdradzały co tak naprawdę myśli; był nieco smutny, ale i zły, że coś poszło nie tak jakby chciał. Hej, jesteśmy przecież dużymi dzieciakami, on chcę zdobyć nową zabawkę, by potem bez wyrzutów sumienia wyrzucić ją, gdy tylko mu się znudzi, a ja chyba nadal wyczekuje księcia na białym koniu, który będzie mi wierny do końca życia. No, panno Richardson, czas zapomnieć o głupawym księciu, oraz o tych innych, którzy niekoniecznie jeżdżą na białych koniach, to jeszcze nie twój czas. 
-Taa, rozumiem- Mruknął pod nosem- Zadzwoń, czy coś. Cześć.- Zdobył się na ciepły uśmiech i odszedł. Pomachałam mu i ruszyłam w przeciwnym kierunku. Do domu, TUM TUM TUUUM. Aż przeszły mnie ciarki, brrr. Humor miałam świetny, czułam, że wszystko mam poukładane, choć prawdę mówiąc karmiłam się tylko tym kłamstwem. Jeśli mowa o jedzeniu, to umieram z głodu. Kiedy ja ostatnio coś jadłam? Chyba wczoraj popołudniu. Może to nie było by tak źle, gdybym całą noc przespała, a ja siedziałam i piłam ten cholerny sok, który do teraz mam ochotę zwrócić. 

KILKA MINUT PÓŹNIEJ 

 
 - Mamo, tatoo?- Zawołałam drżącym głosem. Jezu, Alice opanuj się, przecież Cię nie zabiją. Chyba.- Wróciłam już- Dodałam nieco bardziej pewna siebie. Z góry dobiegły ciche kroki, wstrzymałam oddech i podparłam się o poręcz. Na schodach pojawiła się mama, otwarła szeroko oczy i zbiegła szybko na dół. Nie wiedziałam, czego mam się po niej spodziewać, więc odsunęłam się kilka kroków do tyłu. Podeszła do mnie i przytuliła, tak po prostu. Nie ukrywam, że zrobiło mi się niesamowicie miło, że zrobiła właśnie to, a nie opieprzyła mnie z miejsca. -Dziecko, gdzie Ty byłaś?!- Oderwała się ode mnie i przybrała surowy wyraz twarzy. Przełknęłam głośno ślinę, a ona na pewno od razu pomyślała sobie niewiadomo co. 
-U koleżanki, pozwoliła mi u siebie nocować- Odparłam, starając się unikać jej wzroku. Zmierzyła mnie od stóp do głów, ale chyba nie zwróciła szczególnej uwagi na moje usta. – Przepraszam, że tak wtedy wybiegłam, no wiesz.- Dodałam cicho- Po prostu się wkurzyłam, bo nie chcę zmarnować sobie całych wakacji gdzieś na wsi z babcią i dziadkiem. Rozumiesz mnie?- Miała nieodgadniony wyraz twarzy, świetnie umiała maskować uczucia. 
-Idź się wykąp, śmierdzisz alkoholem i papierosami- Rzekła beznamiętnie- Ubrania wrzuć do kosza na pranie, a potem przyjdź do kuchni, żeby coś zjeść- Dodała a na jej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu. 
Moja czysta łazienko, nadchodzę! 

*Perspektywa Mii*

 
 -Mia, teraz twoja kolej.-Rob z błogim uśmiechem na ustach podał mi jointa. Fajnie jest, panuje tu względna cisza przerywana jedynie dźwiękami gitary, cichymi pomrukami i raz po raz głośnymi wybuchami śmiechu. Podoba mi się to. Siedzę na plaży z ludźmi, których poznałam stosunkowo niedawno, są świetni. Zaciągnęłam się słodkim dymem, przymknęłam delikatnie oczy i podałam skręta leżącej nieco z tyłu, Angie. Szum fal kojąco wpływał na moje nerwy, zrobiłam się nieco senna, w końcu siedzimy tu od kilku godzin. Nie miałam jednak najmniejszej ochoty ich opuszczać i wracać do domu, lub Hellhouse. Sid siedzący naprzeciwko mnie otworzył trzecią już z kolei butelkę wina, pociągnął duży łyk i podał ją leżącej na jego kolanach Annie. Spojrzałam na nią, uśmiechała się do niego i upiła trochę z butelki. To naprawdę cudowny widok, Sid wyglądał niemal tak samo jak jego sławny imiennik Sid Vicious, a Anna to typowa hippiska, obok której na piasku leżał wianek ze stokrotek. Mogłabym namalować ten widok, tak zrobię jak tylko wrócę. No właśnie, gdzie wrócę? Teraz to nieważne, liczy się to co jest w tej chwili, nic innego. 
-Hej, chyba coś cię trapi, hmm?- Odwróciłam głowę w kierunku głosu, i napotkałam spojrzenie Lulu. Lulu jest bardzo ładną dziewczyną, jej oczy są szare z odrobiną zieleni, co tylko dodaje jej uroku, a idealnie wykrojone, malinowe usta, kilka piegów na nosie i policzkach subtelnie podkreślają całość. Zamrugałam kilkakrotnie i dopiero wtedy zdołałam coś z siebie wydusić. 
-Obawiam się, że nie będę miała gdzie wrócić- Odparłam, a wtedy butelka trafiła do moich rąk, ochoczo upiłam spory łyk wina i podałam je Lulu. Ta uczyniła to samo i uśmiechnęła się dając mi znak, bym mówiła dalej
-Pomieszkuje z przyjaciółmi, bo w domu z rodzicami nie czuje się dobrze. Wczoraj pokłóciłam się z przyjacielem, a kurwa nawet nie wiem o co mu chodziło- Prychnęłam i założyłam opadające na czoło włosy za ucho- Nie chcę tam wracać, bo nie wiem czy mu przeszło, czy nie, a uwierz mi, że to wybuchowy człowiek.- Jakoś tak poczułam się lepiej, gdy to z siebie wyrzuciłam, może nie było tego niewiadomo ile, ale przynajmniej nie duszę tego w sobie. 
 -Wiem, że to marne pocieszenie, ale musisz wiedzieć, że jestem w tym kiepska- Zaczęła i odpaliła papierosa, zaciągnęła się nim i podała go mi- Nie sądzisz, że warto byłoby pójść do niego? Na pewno cię szukał i martwi się o ciebie- Przerwała, gdy żałośnie pokręciłam głową- No co jest? To twój przyjaciel czy nie? Słuchaj, nie dowiesz się jeśli tam nie pójdziesz. To bardzo proste- Dodała i sięgnęła po papierosa, którego jej podałam. 
Przez chwilę rozmyślałam nad tym co mi powiedziała Lulu, może ma rację, ale ja po prostu boje się tam iść. Co jak zastanę go spitego do nieprzytomności, albo ze strzykawką w ręku? Naprawdę trudno przewidzieć jak on zareaguje w danej sytuacji. Chyba trochę dramatyzuje. Uśmiechnęłam się do dziewczyny i wstałam. Im szybciej pójdę, tym szybciej dowiem się o co mu chodziło.
-Idziesz już?- Zapytała Angie. Pokiwałam twierdząco głową i przytuliłam ją, gdy wstała. -Wpadnij jeszcze do nas.
-Odezwał się Sid. Wszyscy wstali i wyglądało na to, że dzisiaj wytule dużo osób, super!- Jutro wieczorem idziemy do Troubadour, przyjdź też.- Dodał i poklepał po plecach ściskając. Pożegnałam się ze wszystkimi i ruszyłam wydeptaną ścieżką w stronę Sunset Strip. Sprawdziłam jeszcze czy mam parę drobniaków w kieszeniach i z ulgą stwierdziłam, że mam jak wrócić do domu.   

W TYM SAMYM CZASIE W HELLHOUSE

 

 *Perspektywa Axl’a*

 
 -Roosee!- Odwróciłem głowę i ujrzałem przerażonego Stevena, który niemal z płaczem wskoczył mi na kolana. No co do kurwy. Zepchnąłem go, a ten usiadł na kanapie i podkurczył nogi.
-Pająk, duży, ogromny! –Zaśmiałem się na co on zgromił mnie wzrokiem i zakrył się włosami- Nie masz serca, Rose. 
-Zjedz go.- Odparłem podając mu jedną z butelek ze stolika- Poważnie wystraszyłeś się głupiego pająka?- Zapytałem nie mogąc zachować powagi, no kto byłby poważny na moim miejscu? 
-No to idź go zobacz! Jest na moim łóżku… Proszę weź go stamtąd!- Krzyknął rozpaczliwie i dodał- Ale sam, ja..Ja wolę tu zostać. 
Wygrzebałem z kuchni jakąś szklankę i podniosłem leżącą na podłodze starą gazetę. Adler nie powinien mnie o to prosić, oj nie powinien. Otworzyłem drzwi do pokoju chłopaków i podszedłem do łóżka, a raczej materaca biednego, wystraszonego Adlerka. Musze przyznać mu rację, bo pająk rzeczywiście był sporych rozmiarów, ale to jeszcze lepiej! Szybko nakryłem go szklankę i włożyłem gazetę pod spód. Mam cię! Jezu, jakiś ty ohydny! Ciarki mnie przeszły, ale dzielnie podreptałem z brzydalem do Popcorna. Stanąłem przed nim i uśmiechnąłem się złowieszczo. 
-Steveenkuu, kochanie- Zawołałem słodko i podsunąłem mu pod nos tego brzydala. Przerażony chłopak utkwił wzrok w pająku, zaczął się jąkać i w końcu zerwał się i spierniczył za kanapę. 
-Jesteś potworem, Axl! Potworem!- Załkał za kanapą jak dziecko. Z cwaniackim uśmiechem na twarzy wyszedłem przed ruderę i wypuściłem to jakże przeurocze zwierzątko na zniszczony trawnik. Wyrzuciłem gazetę w krzaki, a szklankę postanowiłem wziąć powrotem do kuchni, może jeszcze się przyda do łapania kolejnych pająków. 
 -Gdzie reszta?- Zapytałem Adlera, który nadal spanikowany siedział za kanapą, idiota. 
-Nie wiem, Duff chyba poszedł gdzieś z Victorią- Powiedział i wychylił głowę zza oparcia.- Wyrzuciłeś go?- Spytał z nadzieją w oczach. Kiwnąłem głową, a ten uradowany sięgnął po butelkę, którą wcześniej odłożył.
 Klapnąłem moim boskim tyłkiem na kanapę i westchnąłem głęboko, potwornie mi się nudziło. 
-Nudzi mi się- Ziewnąłem przeciągle i odebrałem wino niezadowolonemu chłopakowi- Wszystko co robimy to: chlanie, ruchanie, imprezy, chlanie, spanie, ćpanie, imprezy, ruchanie, ćpanie i trochę grania. A co powinno być naszym priorytetem?- Nie czekając na odpowiedź, kontynuowałem dalej- Granie, Steven, granie. Mamy zespół! A my zbijamy bąki siedząc na kanapie w jakiejś ruderze. Musimy coś z tym zrobić, kurwa.- Spojrzałem na Popcorna, ale ten tylko wyrwał mi butelkę i pociągną spory łyk. 
-Noo… To może zadzwonimy teraz do jakiegoś klubu i zapytamy czy możemy zagrać koncert, hmm?- Odezwał się po krótkiej chwili. 
Stwierdziłem, że był to zajebiście dobry pomysł, zwłaszcza, że wystarczył jeden telefon. To znaczy mam taką nadzieje, że jeden. Wstałem i podszedłem to telefonu, na ścianie mieliśmy wypisane numery do Roxy, Troubadour , Cathouse, Whisky, Rainbow oraz kilku innych w tym również pizzerii. Zamknąłem oczy i przejechałem kilka razy palcem po nazwach klubów, padło na Troubadour. No, całkiem okej. Wykręciłem numer i po kilku sygnałach usłyszałem głos właściciela klubu. Adler patrzył na mnie wyczekująco, a ja pokazałem mu środkowy palec dając mu znak, żeby się odpieprzył, bo mnie dureń rozprasza. Poszedłem do mojego pokoju i zacząłem. 
-Dobry wiedzień- Wyjąkałem i klepnąłem się w czoło. Dobry początek, nie ma co.