niedziela, 24 sierpnia 2014

I'm on the Nightrain.




BOHATEROWIE I CHARAKTERYSTYKA.


W. Axl Rose
  
 Wokalista  mało znanego zespołu Guns N Roses. Pochodzi z Lafayette, ale goniąc za marzeniami trafił do Los Angeles. Rudy Szatan, często naćpany psychodelikami (Ni e on jedyny) wyraźnie odcinający się lider zespołu, wredny, dość agresywny i nie zawsze rozumiany przez otoczenie. Wolny czas lubi spędzać na wielkim drzewie, które jest chyba jedyną żywą, dobrze funkcjonującą rośliną w ogródku przy Hellhouse. Morduje wzrokiem wszystkich, którzy są niebezpiecznie blisko jego ukochanej kryjówki. Nikt poza nim nie ma tam wstępu. Najbardziej z całego zespołu lubi  Stradlina, chłopak ma łagodnie usposobienie, więc właściwie tylko on umie uspokoić wkurwionego Rose’a. Jego najlepszą przyjaciółką jest Anastasia, która jest tak samo wybuchowa jak on. Poza drzewem, uwielbia wszelakie kluby ze striptizem. Bardzo dobrze czuje się na scenie, podczas koncertu Gunsów cały klub zamienia się w wielką dżunglę, z nim samym jako władcą

Saul Slash Hudson
 Gitarzysta prowadzący w Guns N Roses. Kudłata, czarna owca (A raczej baranek), Gość z natury nieśmiały, z tego powodu wyhodował swój bujny włos, za którym zwykle nie widać mu nawet oczu. Lubuje się w alkoholu, a jego największą miłością jest Jack Daniels. Facet niesamowicie kopci, i rzadko kiedy można go zobaczyć bez papierosa w ustach. Jego znakiem  rozpoznawczym jest gitara, papieros między wargami i genialny cylinder, który nie zna praw grawitacji. Slash nie lubi przebywać w piekielnym domu, więc bardzo trudno tam na niego trafić. Często można go spotkać w sklepach muzycznych, barach i klubach ze striptizem, oraz w tajemniczym miejscu, które znają tylko wybrani. Świetnie dogaduje się ze Stevenem, Anastasią  i  Lexi.


Izzy Stradlin
 Gitarzysta rytmiczny Guns N Roses. Tak jak Axl pochodzi z Lafayette. Jest istną oazą spokoju. Z  całego zespołu to on jest najbardziej odpowiedzialny, ale nie znosi swojej roli niańki. Zajmuje się dilerką, co bardziej mu odpowiada, bo bądź co bądź idzie z tego niezła kasa, którą ma tylko do siebie. No, w większości. Zwykle dużo czasu spędza za… ekhem kanapą w Hellhouse. Poza nią lubi jeszcze (Jak każdy z Gunsów) bary i kluby. Na scenie pozostaje w cieniu, gdzieś tam obok perkusji. Chłopaki śmieją się  z niego, bo przed koncertem zawsze poświęca sporo czasu na prostowanie swoich (zajebistych) włosów. Często potrafi nie odzywać się przez kilka dni, a podczas rozmowy  więcej słucha niż mówi. Ceni sobie samotność, ale na dłuższą metę bardzo go to męczy. Bardzo lubi towarzystwo Axl’a ,Amy i Lexi.


Duff McKagan
  Gitarzysta basowy w Guns N Roses. Człowiek Żyraf, to najlepsze określenie dla niego.  Pochodzi z Seattle i właśnie tam zaczęła się jego przygoda z muzyką. Michael (Bo tak naprawdę się nazywa) grał tam w zespole punkowym, jednak stwierdził, że i tak kupa z tego będzie i wyruszył do Los Angeles. Duff jest wesołą, pocieszną blondyneczką, która właściwie nie rozstaje się z butelką dobrej wódki. Szczery, bojaźliwy i pragnie skupić na sobie dużo uwagi. Kiedyś przegrał zakład i pofarbował się na blond, wyobraźcie sobie jaki wszyscy musieli mieć ubaw. Po ostrych libacjach alkoholowych, dobiera się do innych członków zespołu (Tak, wiem jak to zabrzmiało) Więc chłopaki zwykle ograniczają mu dostęp do jakiegokolwiek alkoholu. Oprócz klubów i barów, McKagan lubi włóczyć się po ulicach L.A., rozdając autografy słupom informacyjnym. Mimo, że znacznie góruje nad Axl’em to cholernie się go boi, gdy ten jest wkurwiony. Żyraf skrycie podkochuje się w Amy, jednak nigdy jej tego nie powie. Nigdy.

 Steven Adler
 Perkusista w Guns N Roses. Sympatyczny kudłacz, na którego wołają Popcorn. Facet z wiecznym wyszczerzem na twarzy, bardzo wrażliwy i pełen empatii. Lubi udawać samoloty i wiewiórki, czym niesamowicie wkurza Axl’a. Oszczędza pieniądze na kupno maszyny do wyrobu waty cukrowej. Lubi poznawać nowe osoby i niemal każdą traktuje jak przyjaciela. Steven to prawie taki hipis, prawie, bo często wdaje się w bójki. Lubi kontakt z naturą i jednym z jego celów życiowych jest doprowadzenie ogródka, przy Hellhouse do ładu. Jest jednak na to zbyt leniwy i niezbyt systematyczny. Pomijając bary, Adler uwielbia ogródek, na którym toczy wieczną walkę z Axl’em o drzewo. Darzy miłością swoje bokserki w stokrotki i tylko on nie uważa, że są pedalskie.




Anastasia  Dellias
 Najlepsza przyjaciółka Axl’a, którego poznała niedługo po tym jak pojawił się w Los Angeles. Wybuchowa osoba, której lepiej nie podpaść. Mieszka razem z Amy w jednej z kamienic na Sunset Strip. Pracuje w jednym ze sklepów muzycznych na Sunset. Bardzo trudno ją zrozumieć i potrzeba czasu, aby do niej dotrzeć, ale nie cierpi nachalnych ludzi. Kocha wylegiwać się w łóżku słuchając muzyki i paląc fajki. Nigdy się nie nudzi, bo głowę zawsze ma pełną pomysłów, chociażby miała to być jazda na wrotkach w środku nocy. Musicie wiedzieć, że Nana cierpi na bezsenność, to dlatego. Uwielbia Motorhead tak samo jak Slash a jej pasją jest fotografowanie. Panna Dellias ma wielu znajomych, jednak naprawdę niewielu z nich zasługuje na miano przyjaciół. Więc któż sobie zasłużył? Piątka popierdolonych rockmanów oraz dwie wcale nie lepsze dziewczyny.
 

Amy Anderson
 W przeciwieństwie do swojej współlokatorki, Amy jest raczej nieśmiałą osobą, co w żadnym wypadku nie wyklucza tego, ze ma nieźle zrytą banie. Nana  często nazywa ją Amandą, co niesamowicie ją denerwuje. Najlepiej czuje się przebywając  w domu, ale Ana postanowiła, że koniecznie musi to zmienić. Uwielbia miętowe lody i wianki z kwiatów. Pracuje jako kelnerka w Troubadour. Chłopaków i Lexi poznała dzięki Anastasii, która wpadła na genialny pomysł i pewnego popołudnia zaprowadziła ją, do ich rezydencji. Wieczorami rozmawia z Morrisonem i Joplin i zapewnia wszystkich, że to w żadnym wypadku nie są urojenia.



Lexi Harrison
 Totalna hipiska, gdziekolwiek się zjawi czuć klimat lat 60’ tych. Czasem pomieszkuje w Hellhouse, albo u Nany i Amy, jednak zwykle śpi w parku, bo „Słuchaj stary, integruje się z matką naturą. Tam jest mi dobrze” Że też gliny nigdy się jeszcze nie przyczepiły. Motywuje Stevena do pracy nad ogródkiem i wygraża Axl’owi, gdy ten pluje na niego z drzewa. Zarabia poprzez granie na gitarze na ulicy i w barach. Uwielbia spędzać czas z Gunsami i oczywiście z Amy i Naną, w ich spotkaniach częstym gościem jest też LSD. Kocha Jefferson Airplane, Joplin, Doorsów i Hendrixa. Jako jedyna wierzy w wieczorne rozmowy Amy z umarłymi ćpunami. 







 Co o tym myślicie?

sobota, 23 sierpnia 2014

INFORMACJA.

Następny rozdział pojawi się najpóźniej we wtorek, ale ja nie o tym teraz. Od niedawna zaczęłam myśleć nad pisaniem nowego opowiadania, to aktualne oczywiście zostanie.
Tematyka właściwie ta sama, ale..och no, zobaczycie!
W przyszłym tygodniu, powinien pojawić się prolog (Albo od razu pierwszy rozdział)
No, chciałam też poruszyć  ważną dla mnie kwestie.
Komentarze, tum tum tuuum.
Dziękuje bardzo, bardzo mocno Julii, która komentuje niemal każdą moja wypocinę. To po pierwsze.
Po drugie, równie bardzo brakuje mi komentarzy od innych osób, wiem i dziękuje, że są osoby, który pozostawiły kilka słów pod 2-3 notkami. Serio, dzięki.
Te kilka słów naprawdę motywuje. Nawet jeśli jest to coś w stylu "Nie podoba mi się, bo...".
Miło by mi było, gdybyście dzielili się swoimi opiniami na temat bohaterów opowiadania, ich działań  itp.
Dziwnie mi tak, gdy zobaczyłam, że wczoraj było 40 wyświetleń, a  komentarz tylko od Rocket Queen. :|
Dobra, kończę marudzenie i kontynuuje pisanie rozdziału. 
Pozdrawiam!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział 9

 Rozdział dedykuje Rocket Queen.
(PS: Czekam, Julia, teraz ja czekam. :C )
Mile widziane słowa krytyki, serio.
Naprawde mi miło, gdy napiszecie chociaż 
"Przeczytałem-, podoba mi się/nie podoba mi się.
 

 *Perspektywa Alice*

 Co za popieprzona sytuacja. Nie dało się tego inaczej podsumować, cholera. I co ja mam z tym zrobić, hmm? Dać sobie z nim spokój? Myślę, że to będzie najlepsze wyjście. Chciałabym czuć się przy nim dobrze, bezpiecznie, ale to jest właściwie niewykonalne. Muszę od nich wszystkich odpocząć, wracam do domu, przecież ja jestem tylko zwykłym dzieciakiem, zwykłym, głupim dzieciakiem. 
-Alice!- Usłyszałam i poczułam lekkie szarpnięcie za rękę- Idziesz do domu?- Odwróciłam się, a serce prawie mi stanęło. Moje oczęta ujrzały nikogo innego jak Jima, bynajmniej nie Morrisona, a szkoda. 
-Tak, a co? Moja mama wysłała już listy gończe?- Zaśmiałam się głośno. Chłopak spojrzał na mnie jakoś dziwnie i uśmiechnął się równie szeroko. 
-Nie całkiem, choć to byłoby coś- Odparł i dodał po chwili wahania- Pamiętasz o dzisiejszym wieczorze?- Jasne, że pamiętałam, trudno zapomnieć o czymś takim. Niestety musiałam odmówić. 
-Przepraszam, Jim, ale nie mam najmniejszej ochoty na żadne spotkania- Bądź co bądź ale to było najszczerszą prawdą. Na jego twarzy nie zmieniło się zupełnie nic, może tylko oczy zdradzały co tak naprawdę myśli; był nieco smutny, ale i zły, że coś poszło nie tak jakby chciał. Hej, jesteśmy przecież dużymi dzieciakami, on chcę zdobyć nową zabawkę, by potem bez wyrzutów sumienia wyrzucić ją, gdy tylko mu się znudzi, a ja chyba nadal wyczekuje księcia na białym koniu, który będzie mi wierny do końca życia. No, panno Richardson, czas zapomnieć o głupawym księciu, oraz o tych innych, którzy niekoniecznie jeżdżą na białych koniach, to jeszcze nie twój czas. 
-Taa, rozumiem- Mruknął pod nosem- Zadzwoń, czy coś. Cześć.- Zdobył się na ciepły uśmiech i odszedł. Pomachałam mu i ruszyłam w przeciwnym kierunku. Do domu, TUM TUM TUUUM. Aż przeszły mnie ciarki, brrr. Humor miałam świetny, czułam, że wszystko mam poukładane, choć prawdę mówiąc karmiłam się tylko tym kłamstwem. Jeśli mowa o jedzeniu, to umieram z głodu. Kiedy ja ostatnio coś jadłam? Chyba wczoraj popołudniu. Może to nie było by tak źle, gdybym całą noc przespała, a ja siedziałam i piłam ten cholerny sok, który do teraz mam ochotę zwrócić. 

KILKA MINUT PÓŹNIEJ 

 
 - Mamo, tatoo?- Zawołałam drżącym głosem. Jezu, Alice opanuj się, przecież Cię nie zabiją. Chyba.- Wróciłam już- Dodałam nieco bardziej pewna siebie. Z góry dobiegły ciche kroki, wstrzymałam oddech i podparłam się o poręcz. Na schodach pojawiła się mama, otwarła szeroko oczy i zbiegła szybko na dół. Nie wiedziałam, czego mam się po niej spodziewać, więc odsunęłam się kilka kroków do tyłu. Podeszła do mnie i przytuliła, tak po prostu. Nie ukrywam, że zrobiło mi się niesamowicie miło, że zrobiła właśnie to, a nie opieprzyła mnie z miejsca. -Dziecko, gdzie Ty byłaś?!- Oderwała się ode mnie i przybrała surowy wyraz twarzy. Przełknęłam głośno ślinę, a ona na pewno od razu pomyślała sobie niewiadomo co. 
-U koleżanki, pozwoliła mi u siebie nocować- Odparłam, starając się unikać jej wzroku. Zmierzyła mnie od stóp do głów, ale chyba nie zwróciła szczególnej uwagi na moje usta. – Przepraszam, że tak wtedy wybiegłam, no wiesz.- Dodałam cicho- Po prostu się wkurzyłam, bo nie chcę zmarnować sobie całych wakacji gdzieś na wsi z babcią i dziadkiem. Rozumiesz mnie?- Miała nieodgadniony wyraz twarzy, świetnie umiała maskować uczucia. 
-Idź się wykąp, śmierdzisz alkoholem i papierosami- Rzekła beznamiętnie- Ubrania wrzuć do kosza na pranie, a potem przyjdź do kuchni, żeby coś zjeść- Dodała a na jej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu. 
Moja czysta łazienko, nadchodzę! 

*Perspektywa Mii*

 
 -Mia, teraz twoja kolej.-Rob z błogim uśmiechem na ustach podał mi jointa. Fajnie jest, panuje tu względna cisza przerywana jedynie dźwiękami gitary, cichymi pomrukami i raz po raz głośnymi wybuchami śmiechu. Podoba mi się to. Siedzę na plaży z ludźmi, których poznałam stosunkowo niedawno, są świetni. Zaciągnęłam się słodkim dymem, przymknęłam delikatnie oczy i podałam skręta leżącej nieco z tyłu, Angie. Szum fal kojąco wpływał na moje nerwy, zrobiłam się nieco senna, w końcu siedzimy tu od kilku godzin. Nie miałam jednak najmniejszej ochoty ich opuszczać i wracać do domu, lub Hellhouse. Sid siedzący naprzeciwko mnie otworzył trzecią już z kolei butelkę wina, pociągnął duży łyk i podał ją leżącej na jego kolanach Annie. Spojrzałam na nią, uśmiechała się do niego i upiła trochę z butelki. To naprawdę cudowny widok, Sid wyglądał niemal tak samo jak jego sławny imiennik Sid Vicious, a Anna to typowa hippiska, obok której na piasku leżał wianek ze stokrotek. Mogłabym namalować ten widok, tak zrobię jak tylko wrócę. No właśnie, gdzie wrócę? Teraz to nieważne, liczy się to co jest w tej chwili, nic innego. 
-Hej, chyba coś cię trapi, hmm?- Odwróciłam głowę w kierunku głosu, i napotkałam spojrzenie Lulu. Lulu jest bardzo ładną dziewczyną, jej oczy są szare z odrobiną zieleni, co tylko dodaje jej uroku, a idealnie wykrojone, malinowe usta, kilka piegów na nosie i policzkach subtelnie podkreślają całość. Zamrugałam kilkakrotnie i dopiero wtedy zdołałam coś z siebie wydusić. 
-Obawiam się, że nie będę miała gdzie wrócić- Odparłam, a wtedy butelka trafiła do moich rąk, ochoczo upiłam spory łyk wina i podałam je Lulu. Ta uczyniła to samo i uśmiechnęła się dając mi znak, bym mówiła dalej
-Pomieszkuje z przyjaciółmi, bo w domu z rodzicami nie czuje się dobrze. Wczoraj pokłóciłam się z przyjacielem, a kurwa nawet nie wiem o co mu chodziło- Prychnęłam i założyłam opadające na czoło włosy za ucho- Nie chcę tam wracać, bo nie wiem czy mu przeszło, czy nie, a uwierz mi, że to wybuchowy człowiek.- Jakoś tak poczułam się lepiej, gdy to z siebie wyrzuciłam, może nie było tego niewiadomo ile, ale przynajmniej nie duszę tego w sobie. 
 -Wiem, że to marne pocieszenie, ale musisz wiedzieć, że jestem w tym kiepska- Zaczęła i odpaliła papierosa, zaciągnęła się nim i podała go mi- Nie sądzisz, że warto byłoby pójść do niego? Na pewno cię szukał i martwi się o ciebie- Przerwała, gdy żałośnie pokręciłam głową- No co jest? To twój przyjaciel czy nie? Słuchaj, nie dowiesz się jeśli tam nie pójdziesz. To bardzo proste- Dodała i sięgnęła po papierosa, którego jej podałam. 
Przez chwilę rozmyślałam nad tym co mi powiedziała Lulu, może ma rację, ale ja po prostu boje się tam iść. Co jak zastanę go spitego do nieprzytomności, albo ze strzykawką w ręku? Naprawdę trudno przewidzieć jak on zareaguje w danej sytuacji. Chyba trochę dramatyzuje. Uśmiechnęłam się do dziewczyny i wstałam. Im szybciej pójdę, tym szybciej dowiem się o co mu chodziło.
-Idziesz już?- Zapytała Angie. Pokiwałam twierdząco głową i przytuliłam ją, gdy wstała. -Wpadnij jeszcze do nas.
-Odezwał się Sid. Wszyscy wstali i wyglądało na to, że dzisiaj wytule dużo osób, super!- Jutro wieczorem idziemy do Troubadour, przyjdź też.- Dodał i poklepał po plecach ściskając. Pożegnałam się ze wszystkimi i ruszyłam wydeptaną ścieżką w stronę Sunset Strip. Sprawdziłam jeszcze czy mam parę drobniaków w kieszeniach i z ulgą stwierdziłam, że mam jak wrócić do domu.   

W TYM SAMYM CZASIE W HELLHOUSE

 

 *Perspektywa Axl’a*

 
 -Roosee!- Odwróciłem głowę i ujrzałem przerażonego Stevena, który niemal z płaczem wskoczył mi na kolana. No co do kurwy. Zepchnąłem go, a ten usiadł na kanapie i podkurczył nogi.
-Pająk, duży, ogromny! –Zaśmiałem się na co on zgromił mnie wzrokiem i zakrył się włosami- Nie masz serca, Rose. 
-Zjedz go.- Odparłem podając mu jedną z butelek ze stolika- Poważnie wystraszyłeś się głupiego pająka?- Zapytałem nie mogąc zachować powagi, no kto byłby poważny na moim miejscu? 
-No to idź go zobacz! Jest na moim łóżku… Proszę weź go stamtąd!- Krzyknął rozpaczliwie i dodał- Ale sam, ja..Ja wolę tu zostać. 
Wygrzebałem z kuchni jakąś szklankę i podniosłem leżącą na podłodze starą gazetę. Adler nie powinien mnie o to prosić, oj nie powinien. Otworzyłem drzwi do pokoju chłopaków i podszedłem do łóżka, a raczej materaca biednego, wystraszonego Adlerka. Musze przyznać mu rację, bo pająk rzeczywiście był sporych rozmiarów, ale to jeszcze lepiej! Szybko nakryłem go szklankę i włożyłem gazetę pod spód. Mam cię! Jezu, jakiś ty ohydny! Ciarki mnie przeszły, ale dzielnie podreptałem z brzydalem do Popcorna. Stanąłem przed nim i uśmiechnąłem się złowieszczo. 
-Steveenkuu, kochanie- Zawołałem słodko i podsunąłem mu pod nos tego brzydala. Przerażony chłopak utkwił wzrok w pająku, zaczął się jąkać i w końcu zerwał się i spierniczył za kanapę. 
-Jesteś potworem, Axl! Potworem!- Załkał za kanapą jak dziecko. Z cwaniackim uśmiechem na twarzy wyszedłem przed ruderę i wypuściłem to jakże przeurocze zwierzątko na zniszczony trawnik. Wyrzuciłem gazetę w krzaki, a szklankę postanowiłem wziąć powrotem do kuchni, może jeszcze się przyda do łapania kolejnych pająków. 
 -Gdzie reszta?- Zapytałem Adlera, który nadal spanikowany siedział za kanapą, idiota. 
-Nie wiem, Duff chyba poszedł gdzieś z Victorią- Powiedział i wychylił głowę zza oparcia.- Wyrzuciłeś go?- Spytał z nadzieją w oczach. Kiwnąłem głową, a ten uradowany sięgnął po butelkę, którą wcześniej odłożył.
 Klapnąłem moim boskim tyłkiem na kanapę i westchnąłem głęboko, potwornie mi się nudziło. 
-Nudzi mi się- Ziewnąłem przeciągle i odebrałem wino niezadowolonemu chłopakowi- Wszystko co robimy to: chlanie, ruchanie, imprezy, chlanie, spanie, ćpanie, imprezy, ruchanie, ćpanie i trochę grania. A co powinno być naszym priorytetem?- Nie czekając na odpowiedź, kontynuowałem dalej- Granie, Steven, granie. Mamy zespół! A my zbijamy bąki siedząc na kanapie w jakiejś ruderze. Musimy coś z tym zrobić, kurwa.- Spojrzałem na Popcorna, ale ten tylko wyrwał mi butelkę i pociągną spory łyk. 
-Noo… To może zadzwonimy teraz do jakiegoś klubu i zapytamy czy możemy zagrać koncert, hmm?- Odezwał się po krótkiej chwili. 
Stwierdziłem, że był to zajebiście dobry pomysł, zwłaszcza, że wystarczył jeden telefon. To znaczy mam taką nadzieje, że jeden. Wstałem i podszedłem to telefonu, na ścianie mieliśmy wypisane numery do Roxy, Troubadour , Cathouse, Whisky, Rainbow oraz kilku innych w tym również pizzerii. Zamknąłem oczy i przejechałem kilka razy palcem po nazwach klubów, padło na Troubadour. No, całkiem okej. Wykręciłem numer i po kilku sygnałach usłyszałem głos właściciela klubu. Adler patrzył na mnie wyczekująco, a ja pokazałem mu środkowy palec dając mu znak, żeby się odpieprzył, bo mnie dureń rozprasza. Poszedłem do mojego pokoju i zacząłem. 
-Dobry wiedzień- Wyjąkałem i klepnąłem się w czoło. Dobry początek, nie ma co. 


 
 
 

Rozdział 8, część 2

 

*Perspektywa Alice* 

 
-Gdy jest się serio głodnym, to najlepiej zjeść trochę krakersów i popić Nigh Trainem. One wtedy pęcznieją w żołądku i wystarcza to na jakiś czas.- Powiedział Axl i zabierając kilka, postąpił według własnych instrukcji. 
-Często tak robicie?- Jezu, mogłam ugryźć się w język, to chyba było trochę niegrzeczne- Znaczy wiesz… Nie sądzę, aby chciało wam się robić zakupy w marketach- Chciałam jakoś taktownie z tego wybrnąć.
-Daj spokój, nie mamy na to kasy.- Odparł i machnął lekceważąco ręką - Zwykle jemy tylko właśnie krakersy i pizze. U nas królują procenty- Zaśmiał się i wskazał na butelkę trunku. Nagle usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi, a do pokoju wparowała Victoria. Uśmiechnęłam się i pomachałam do niej. 
-Alice Richardson!- Zawołała, a w jej głośnie dało się słyszeć panikę i nutkę złości. Spojrzała na mnie, a potem na Axl ‘a i znów na mnie, zatrzymując się na rozciętej wardze. Podeszła do mnie i obejrzała dokładnie moją twarz. Siedzieliśmy w kompletnej ciszy. Choć sprawa była dość błaha, żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. Dziewczyna usiadła obok mnie i zakryła twarz dłońmi, wzdychając przy tym ciężko. 
–Ktoś mi wytłumaczy co się stało? 
-Mały wypadek, nic takiego- Powiedziałam siląc się na normalny ton. 
-Kłamiesz.- Odparła zmęczonym głosem.- Rose? Zerknęłam na niego, modląc się w duchu, by nie podkoloryzował całej historii. 
-Zostawiliście ją samą- Wycedził i omiótł Vicky pełnym złości spojrzeniem- Schlaliście się wszyscy jak świnie i zasnęliście na siedząco, podczas, gdy ktoś mógł zaciągnąć ją do kibla i zgwałcić.- Wypowiedział te słowa, cały czas wpatrując się prosto w jej oczy. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jakie szczęście miałam, że wyszłam stamtąd tylko z rozwaloną wargą. Poczułam się niesamowicie głupio, znów z mojego powodu są problemy. Victoria spojrzała na mnie z miną pełną żalu i mocno mnie przytuliła.
-Przepraszam, Allie- Wyszeptała nie odrywając się ode mnie. Po chwili dodała- A co z wargą? 
-Jakiś facet mnie z kimś pomylił i… No tego, ale Axl zdezynfekował ranę i wszystko już OK.- Oznajmiłam. Nagle zrobiło mi się smutno. Dlaczego to właśnie Axl był moim „wybawicielem” a nie Izzy? On pewnie nadal nie zdaje sobie sprawy z tego co się wydarzyło, albo raczej co mogło się wydarzyć. Coś o wiele gorszego niż byle rozcięta warga. Znów trzaśnięcie drzwiami. Jakiś bełkot. Do „salonu” wtoczyli się pozostali członkowie zespołu, nie, nie wszyscy, nie ma Izzy’ego. Slash wszedł jako pierwszy podtrzymując skacowanego Duff’a, co wyglądało bardzo śmiesznie, bo blondas był oczywiście dużo wyższy od niego. Za nimi niczym zombie, przyczłapał Steven. Skupił swój wzrok na kanapie i wyglądało na to, że obrał sobie jako cel życiowy dotarcie do niej. No, trzeba przyznać, że trochę to zajmie. Ups, gleba. 
-Ej, patrz, Duff- Wybełkotał Slash i wskazał na mnie palcem- Ona tu grzecznie siedzi, a ten dureń polazł jej szukać. – Spojrzałam na niego ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Cóż, kiedyś się dowie, że wróciłam. Tymczasem chyba wrócę do domu, Jamie przecież tam został. -Ja już pójdę- Wymamrotałam wstając.
-Co? Gdzie masz zamiar pójść o 8.00 rano?- Zapytała zdziwiona Victoria-Wszystkie bary są pozamykane.
-Do domu- Odparłam tylko, po czym potargają jeszcze fryzurę Stevena, który zrezygnowany padł na podłogę, ruszyłam do drzwi. Zaraz jednak poczułam, że ktoś łapie mnie za rękę. No kurwa. Odwróciłam się i jak można się spodziewać ujrzałam Vicky.
-Słuchaj, ja naprawdę muszę już wrócić. Nie chcę, żeby rodzice wysyłali za mną listy gończe- Sekundę później dotarło do mnie to, ze mogło zabrzmieć to zbyt absurdalnie. Dziewczyna spojrzała na mnie z powątpiewaniem.-No, byliby do tego zdolni- Dodałam już ciszej.
-Izzy mi powiedział- Rzekła tylko. Momentalnie zrobiło mi się gorąco, on jej powiedział? Powiedział, że mam tylko 15 lat i spierdoliłam sobie z domu. No dzięki, panie Stradlin. Wielkie kurwa dzięki. Wzięłam głęboki wdech i wydech, wygląda na to, że to koniec mojej życiowej przygody u boku popierdolonych rockmanów, suuper.
-Przepraszam- Mruknęłam pod nosem i nie czekając na nic, wyszłam. 

W TYM SAMYM CZASIE.


 *Perspektywa Jima* 


Muszę się ukryć, oni nie mogę mnie znaleźć. To bunkier? Tak, tak, to bunkier! Może ukryli się tam pozostali? Trzeba tylko otworzyć tą klapę. Cholerna klapa! Dlaczego ona musiała się zaciąć akurat teraz?! Nie, nie, nie, już ich słychać. No dalej, otwieraj się! Coś szarpnęło mnie za ramię, o nie, już po mnie! Ja nie chcę być jednym z zimnych, gnijących kreatur! Zostaw moją nogę idioto! Chwila, czy to coś mówi?! Co to jest?!
-Jim, jasna cholera, telefon do Ciebie!- Otworzyłem oczy i gwałtownie znalazłem się w pozycji siedzącej. Przed sobą ujrzałem twarz mamy. Dobry Boże, co do którego mam wątpliwości, nie wiem co gorsze, horda zombie, czy moja wściekła matka z samego rana. Rozejrzałem się po pokoju, ale oprócz mnie i moje rodzicielki nikogo tam nie było, uff. Żadnych krwiożerczych zombie nie ma, to był tylko sen. Chociaż było ciekawie, no. 
-Kto dzwoni?- Zapytałem śpiącym głosem. Ta jednak tylko rzuciła mi słuchawkę i ziewając wyszła z pokoju. Zabrałem ją i westchnąwszy przyłożyłem do ucha. –Haalo? 
-Jim, wiesz co się dzieje z Alice? Widziałeś ją może?- Usłyszałem zdesperowany głos w słuchawce. 
-Pani Richardson? 
-Tak. Widziałeś ją? Powiedz, proszę, Jim. Wczoraj wieczorem wyszła i nadal nie ma jej w domu, nie wiem, gdzie nocowała. Razem z jej ojcem odchodzimy od zmysłów! 
-… Nie widziałem jej, proszę pani. Przykro mi- Zamyśliłem się chwilę- Ale chyba wiem, gdzie może być. 
-O Boże, Jim.- Kobieta odetchnęła z wyraźną ulgą- Jeśli ją znajdziesz to przyprowadź ją do domu, bardzo Cię proszę. 
Rozłączyła się zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć. Doobra, dość dziwna sytuacja. Zerknąłem na zegarek 8.05, no dzięki. Z całego serca pragnąłem pobudki o tak wczesnej godzinie, naprawdę. Dobrze wiedziałem, gdzie jest Alice, no bo, gdzie indziej mogła by pójść jak nie do Hellhouse? Z tą całą Victorią, którą ledwo co zna. Nie miałem pojęcia, że jest aż taka lekkomyślna, nie spodziewałem się tego po niej. Okej, pójdę tam, co mi szkodzi. 

PÓŁ GODZINY PÓŹNIEJ.


 Zaciągając się raz po raz fajką, przemierzałem gorące ulice Los Angeles. Zastanawiałem się nad tym, co powiem dziewczynie, przecież nie wylecę z tekstem „Alice, Twoja mamusia dzwoniła. Musisz już wracać do domku”. Nagle przypomniało mi się o dzisiejszym spotkaniu, no kurwa. Jeśli teraz zaprowadzę ją do domu, to na 100% dostanie szlaban i chuj. To znaczy i tak pewnie dostanie, ale lepiej, gdy stanie się to po naszym wspólnym wieczorze. Właściwie to nie wiem, dlaczego ja zaprosiłem, jest nudna. Jednak ma to „coś” w sobie, co nie pozwoliło mi postąpić inaczej i po prostu ją olać. Kilka metrów dalej mignęła mi znajoma twarz. Czyżby to był Stradlin? Podbiegłem do niego, a wtedy on się odwrócił. No, no ciężka noc. -Cześć, Izzy- Powiedziałem. Spojrzał na mnie niewyraźnym wzrokiem. –Słuchaj, szukam kogoś, pomożesz mi? 
-Spierdalaj- Wymamrotał pod nosem i zaczął szukać czegoś po kieszeniach. Dobra, spróbuje jeszcze raz. Wyciągnął paczkę papierosów, która jak się okazało była pusta.- Kurwa. 
-Kojarzysz taką małolatę Alice?- Zacząłem ponownie. Na dźwięk jej imienia wzdrygnął się, ale nie podniósł na mnie wzroku. –Wiesz, gdzie ona jest? 
-Nie wiem, kurwa. Nie wiem- Odparł i ruszył przed siebie. Aha, czyli prawdopodobnie też jej szuka, no nieźle. Może by jednak pójść do Hellhouse? Stradlina jeszcze tam nie było. Chyba. 

*Perspektywa Izzy’ego* 


Kurwa, kto to był, co? Nie wiem o co chodzi, nie wiem , gdzie jest Alice, kim był ten facet i co się wydarzyło poprzedniej nocy. Kurwa, chyba nie miałem jeszcze tak zjebanego poranka jak dzisiejszy. No dobra, był gorszy. Wtedy, gdy obudziłem się całkiem nagi na dworcu kolejowym, a jedyna rzecz, którą miałem przy sobie to butelka winiacza. PUSTA. Potem musiałem wracać do domu zakryty tylko tą butelką. Podróż mojego życia. Jeżu, a ja tak starałem się wyrzucić to z głowy. Gdzie mój dom? Mój obskurny dom? Ta okropna rudera, w której przyszło mi mieszkać? Gdzie ja jestem, gdzie sens mojego istnienia? Jestem niespełniony, błagam pomóżcie mi wrócić do mojego słodkiego domu. Chcę do końca życia popijać wódkę z kryształowych kieliszków, siedząc na tarasie mojego słodkiego domu, gdzieś na odludziu. Słodkiego domu, słoodkiego doomu. Chodnik, chodnik do mnie płynie. Jest coraz bliżej, musze wyciągnąć do niego ręce. Chodź chodniczku, obaj jesteśmy samotni, przytulę cię. 

Zabolało. 
Chyba umarłem.
Czy jestem już w słodkim domu?

 KILKA MINUT PÓŹNIEJ. 

 

 Boli mnie ręka, czoło i… I głowa mnie boli. O matulu, moja głowa. Dlaczego moja ręka się rusza? Ktoś nią potrząsa? Chyba tak, ojej, ktoś krzyczy. Stradlin, idioto, otwórz te jebane oczy i ogarnij się bo zaraz psy cię zgarną, a wtedy to będzie kurwa problem. Nie, niech ten ktoś się zamknie. Kurwa, moja głowa. 
-Izzy, skurwielu, wstawaj!- Chyba znam ten głos, a może jednak nie? Ała, nie bij mnie, ja się staram! Powoli otworzyłem jedno oko, ale gówno zobaczyłem, bo zasłaniała mi je grzywka. No dobra, otwieram drugie, o chmurka! Alice? Podniosłem się do pozycji siedzącej i wlepiłem w nią swój wzrok. W jej oczach zobaczyłem czystą panikę, ale i złość, miała zacięty wyraz twarzy. Bez słowa wstała i podała mi rękę, chwyciłem jej dłoń i dźwignąłem się na nogi.
-Rozciąłeś sobie skroń- Mruknęła. Dotknąłem palcem we wspomniane miejsce i poczułem ciepłą ciecz na nim.
-Kurwa- Zakląłem głośno i wytarłem krew w bluzkę.– Alice, przepraszam. –Dodałem po chwili, dziewczyna niewzruszona stała dalej- Nie… Nie wiem co się wydarzyło wtedy w Cathouse, że stamtąd wyszłaś. Cholera, naprawdę przepraszam- Nie wiedziałem co mam jeszcze powiedzieć, przecież ja nawet nie wiem co się stało, no ludzie. Dziewczyna uśmiechnęła się gorzko i westchnęła. -Jakiś facet się do mnie przyczepił i z niewiadomego powodu uderzył w twarz. Nagle niewiadomo skąd w barze pojawił się Axl i gnój spierdolił. Potem siedziałam z rudym w Hellhouse. To chyba tyle- Powiedziała i machając mi na pożegnanie poszła w kierunku swojego domu.
-Alice! Poczekaj!- Zawołałem po paru chwilach i pobiegłem za nią. Przystanęła i spojrzała na mnie niechętnie.
– Wiem, że jesteś na mnie wkurwiona, ale… 
-Zamknij się, kurwa, zamknij!- Przerwała mi.-Pewnie, że jestem wkurwiona, bo trochę nie na miejscu było pójście ze mną do baru, a potem samemu uchlanie się do nieprzytomności. Kurwa, Izzy, to było najzwyczajniej w świecie chamskie i kurwa, nietaktowne. Nie winie Cię za ten incydent z tym facetem, ale gdybyś nie zezgonował, to nic takiego by się nie stało. Jezu, nieważne. Nic mi nie jest i najlepiej o tym zapomnieć. –Dodała i odeszła.
-Przepraszam- Wyszeptałem, ale ona już mnie nie usłyszała. Nie chciałem jej zatrzymywać. 
Pierdole to.