sobota, 27 września 2014

Rozdział 1 I'm on the Nightrain



1986 rok, Los Angeles.
Jest wieczór, Sunset Strip budzi się do życia. Panie i panowie, zaczyna się gra. Witamy w dżungli!
-Amando, pożegnaj Jima i Janis- Do pokoju dziewczyny weszła Nana. Stanęła w drzwiach i wyczekująco patrzyła na pogrążoną w rozmowie pannę Anderson- No już, idziesz ze mną do Roxy- Dodała i nie czekając na odpowiedź, otworzyła szafę i tupiąc nogą przywołała spojrzenie Amy. Uśmiechnęła się do niej szeroko i zachęcająco wskazała na stos ubrań. Amanda musiała się czuć bardzo swobodnie siedząc obok Morrisona w samej bieliźnie. Niechętnie podeszła do szafy, wcześniej żegnając się z przyjaciółmi, opadła na podłogę i zamyślona wpatrywała się w nieokreślony punkt gdzieś między ubraniami.
-Ana, naprawdę muszę tam iść? Wiesz dobrze, że wolałabym…- Zaczęła, ale nie dane jej było dokończyć.
-Wiem, co byś wolała. Przesiedzieć całe życie w trójkącie Bermudzkim, czyli pokój- kuchnia- łazienka. Tak kochana, strasznie to brzmi, nie?- odparła i usiadła na łóżku, ani na chwilę nie spuszczając oczu z dziewczyny.- Radze ci się nieco pospieszyć, bo chłopaki będą tu za jakieś 15 minut. Na blondynce nie zrobiło to absolutnie żadnego wrażenia, gdyż nadal bezczynnie siedziała na podłodze i bawiła się włosami.
-Och, no proszę Cię Amy- Podeszła do niej i przytuliła ją- Tak bardzo, bardzo ładnie prooszę- Ucałowała ja w policzek i po krótkim zamyśleniu wyciągnęła z szafy czarną bluzkę na ramiączkach z Kiss. Podała ja dziewczynie, która z teatralnych westchnięciem włożyła ja na siebie. Dała jej również ciemne, starte dżinsy i skórzany pasek. Z szuflady wygrzebała jej ulubione bransoletki i wisiorki, ułożyła je na szafce i wyszła z pokoju posyłając Amy buziaka.
Tymczasem w Hellhouse pojawiły się pewne problemy. Slash zaginął. Część zespołu twierdzi, że po prostu leży gdzieś narąbany i jak tylko się obudzi, to przyjdzie. Mowa tu o Stradlinie i McKaganie, którzy podeszli do tego bardzo optymistycznie. Natomiast pan Rose i Adler mają całkiem inne zdanie na ten temat i do głowy cały czas przychodzą im najczarniejsze scenariusze. Axl nawet wpadł w furie kiedy ktoś zapukał do drzwi, a okazało się, ze to tylko jakiś ćpun, który przyszedł do Stradlina, a nie ich gitarzysta. W jego oczach pojawiła się rządza mordu i nieznajomy ze strachem wymalowanym na twarzy został wykopany za drzwi. I tak miał szczęście.
-Dajcie już spokój- Odezwał się Izzy, gdy zobaczył, że wokalista po raz kolejny wygląda przez okno.- wszyscy dobrze wiemy, że Hudson nie lubi siedzieć w tej dziurze. Nic dziwnego, że jeszcze go nie ma- dodał, ale i tak nie wzbudziło to żadnej reakcji u Axl’a. Zrezygnowany westchnął głośno i zapalił nie wiadomo, którą już fajkę dzisiaj. Nagle ni stąd ni zowąd drzwi się otworzyły i stanął w nich…
-Slash!
Duff posłał Stevenowi spojrzenie mówiące „A nie mówiłem?”, Stradlin uśmiechnął się krótko do Saula, a Axl... Axl był wkurwiony, ale czy kogoś to zdziwiło? Sam Slash klapnął na kanapę z wielkim uśmiechem na twarzy i odchrząknął głośno.
-Co? Teraz mamy zacząć ci bić brawa, bo łaskawie raczyłeś się zjawić?- Zapytał niepokojąco cicho czerwony na twarzy Rose. Hudson spojrzał na niego zdziwiony, zaraz potem klepnął się w czoło i wyciągnął z kieszeni ramoneski zwitek papieru, który podał Rudemu.
-Zaprawdę powiadam wam, że załatwiłem nam koncert!


Okej, pojawiło sie coś na wzór prologu. Raczej nic się tu nie dzieje, ale dopiero sie rozkręcam, no ;-;. czytajcie i komentujcie! 

piątek, 26 września 2014

Info.

Trochę mi głupio, kompletnie olałam tego bloga i nawet nie zajęłam się nowym opowiadaniem. Potrzebowałam dłuuugiej przerwy. Właściwie to chciałam zakończyć "Alice" i nawet nie zaczęte "I'm on the Nightrain". Mam strasznie słomiany zapał i w tym problem. Ale wzięłam się w garść, zaczęłam już pisać i pierwszy rozdział drugiego opowiadania może pojawi się jeszcze w ten weekend.