1986 rok,
Los Angeles.
Jest wieczór, Sunset Strip budzi się do życia. Panie i
panowie, zaczyna się gra. Witamy w dżungli!
-Amando, pożegnaj Jima i Janis- Do pokoju dziewczyny weszła
Nana. Stanęła w drzwiach i wyczekująco patrzyła na pogrążoną w rozmowie pannę
Anderson- No już, idziesz ze mną do Roxy- Dodała i nie czekając na odpowiedź,
otworzyła szafę i tupiąc nogą przywołała spojrzenie Amy. Uśmiechnęła się do
niej szeroko i zachęcająco wskazała na stos ubrań. Amanda musiała się czuć
bardzo swobodnie siedząc obok Morrisona w samej bieliźnie. Niechętnie podeszła
do szafy, wcześniej żegnając się z przyjaciółmi, opadła na podłogę i zamyślona
wpatrywała się w nieokreślony punkt gdzieś między ubraniami.
-Ana, naprawdę muszę tam iść? Wiesz dobrze, że wolałabym…-
Zaczęła, ale nie dane jej było dokończyć.
-Wiem, co byś wolała. Przesiedzieć całe życie w trójkącie
Bermudzkim, czyli pokój- kuchnia- łazienka. Tak kochana, strasznie to brzmi,
nie?- odparła i usiadła na łóżku, ani na chwilę nie spuszczając oczu z
dziewczyny.- Radze ci się nieco pospieszyć, bo chłopaki będą tu za jakieś 15
minut. Na blondynce nie zrobiło to absolutnie żadnego wrażenia, gdyż nadal
bezczynnie siedziała na podłodze i bawiła się włosami.
-Och, no proszę Cię Amy- Podeszła do niej i przytuliła ją-
Tak bardzo, bardzo ładnie prooszę- Ucałowała ja w policzek i po krótkim
zamyśleniu wyciągnęła z szafy czarną bluzkę na ramiączkach z Kiss. Podała ja dziewczynie,
która z teatralnych westchnięciem włożyła ja na siebie. Dała jej również
ciemne, starte dżinsy i skórzany pasek. Z szuflady wygrzebała jej ulubione
bransoletki i wisiorki, ułożyła je na szafce i wyszła z pokoju posyłając Amy
buziaka.
Tymczasem w Hellhouse pojawiły się pewne problemy. Slash
zaginął. Część zespołu twierdzi, że po prostu leży gdzieś narąbany i jak tylko
się obudzi, to przyjdzie. Mowa tu o Stradlinie i McKaganie, którzy podeszli do
tego bardzo optymistycznie. Natomiast pan Rose i Adler mają całkiem inne zdanie
na ten temat i do głowy cały czas przychodzą im najczarniejsze scenariusze. Axl
nawet wpadł w furie kiedy ktoś zapukał do drzwi, a okazało się, ze to tylko
jakiś ćpun, który przyszedł do Stradlina, a nie ich gitarzysta. W jego oczach
pojawiła się rządza mordu i nieznajomy ze strachem wymalowanym na twarzy został
wykopany za drzwi. I tak miał szczęście.
-Dajcie już spokój- Odezwał się Izzy, gdy zobaczył, że
wokalista po raz kolejny wygląda przez okno.- wszyscy dobrze wiemy, że Hudson
nie lubi siedzieć w tej dziurze. Nic dziwnego, że jeszcze go nie ma- dodał, ale
i tak nie wzbudziło to żadnej reakcji u Axl’a. Zrezygnowany westchnął głośno i
zapalił nie wiadomo, którą już fajkę dzisiaj. Nagle ni stąd ni zowąd drzwi się
otworzyły i stanął w nich…
-Slash!
Duff posłał Stevenowi spojrzenie mówiące „A nie mówiłem?”,
Stradlin uśmiechnął się krótko do Saula, a Axl... Axl był wkurwiony, ale czy
kogoś to zdziwiło? Sam Slash klapnął na kanapę z wielkim uśmiechem na twarzy i
odchrząknął głośno.
-Co? Teraz mamy zacząć ci bić brawa, bo łaskawie raczyłeś
się zjawić?- Zapytał niepokojąco cicho czerwony na twarzy Rose. Hudson spojrzał
na niego zdziwiony, zaraz potem klepnął się w czoło i wyciągnął z kieszeni
ramoneski zwitek papieru, który podał Rudemu.
Okej, pojawiło sie coś na wzór prologu. Raczej nic się tu nie dzieje, ale dopiero sie rozkręcam, no ;-;. czytajcie i komentujcie!

