Taak, rozdział z dużym opóźnieniem i podzielony na 2 części. Przepraszam, kiepsko to wyszło.
*perspektywa Axl’a*
Powinienem był od razu za nią pójść, przecież nie będę jej teraz szukał po całym L.A. Chociaż może i dobrze, że tego nie zrobiłem, musiałem się uspokoić. Kurwa, chyba czas ruszyć dupsko, nie będę dziś spał na ławce w parku, muszę coś wypić. Wstałem chwiejnie i poprawiłem czerwoną bandanę, która opadła mi na oczy. No to jaki kierunek obrać? Roxy, Troubadour, Rainbow, Whisky czy Cathouse? Taki wybór. Pójdę do Cathouse, pewnie Hudson nadal tam siedzi. Tak więc skierowałem się w stronę wspomnianego baru człapiąc moimi zajebistymi kowbojkami, które podpierdzieliłem Duff’owi za nim zdążył je kiedykolwiek założyć. Człapu, człapu człap. Z podniesioną dumnie głową przemierzałem Sunset Strip, kolorowe neony dodawały ulicy niesamowity urok, wpatrywałem się we wszystko dookoła i po prostu podziwiałem. W końcu znalazłem się u progu swego celu. Tradycyjnie chciałem usiąść przy naszym stoliku, ale takiego widoku raczej się nie spodziewałem.
- Co Ty kurwa robisz?!- Krzyknąłem do
mężczyzny w śmiesznym, czarnym płaszczu. Ten spojrzał na mnie, ale nie zdążył
nic powiedzieć, bo zacisnąłem dłoń w pięść i przypierdzieliłem mu w szczękę.
Myślałem, że mi odda, ale on popatrzył mi w oczy jakoś tak... Dziwnie i
odszedł. Stałem tak kompletnie zdziwiony, wpatrując się w miejsce, w którym
jeszcze przed chwilą stał. Zaraz jednak przypomniałem sobie o tej całej Alice.
Odwróciłem się do niej, miała rozciętą wargę, z której jeszcze sączyła się
krew, oraz zaczerwieniony policzek. Podniosła na mnie swój wzrok, była
wystraszona, ale nie wyglądało na to, żeby miała się zaraz poryczeć. Chyba.
-Kim był ten facet?- Zapytałem obrzucając
wzrokiem śpiących przy stoliku durni.
-Nie wiem- Odpowiedziała beznamiętnie-
Próbowałam zasnąć, ktoś krzyknął, a potem ten koleś szarpnął mnie i uderzył.-
ukradkiem zerknęła na śpiącego Stradlina. Ten to się
kurwa umie zająć dziewczyną.
-Chodź- Mruknąłem- Przecież nie będziemy tak stali czekając aż się obudzą- Wyciągnąłem paczkę fajek z kieszeni ramoneski, która okazała się pusta. Zakląłem pod nosem.- Boże, nic Ci nie zrobię- powiedziałem ujrzawszy jej wystraszoną minę. Nie wyglądała na do końca przekonaną, jednak ruszyła do wyjścia obrzucając wcześniej śpiącego i niczego nie świadomego królewicza wściekłym spojrzeniem. Zaśmiałem się pod nosem i wyszedłem za nią z baru. Przez całą drogę nie odezwała się do mnie ani słowem, ale to dobrze, nie miałem ochoty na jakiekolwiek rozmowy. Ciągle po głowie chodziła mi Mia, gdzie ona może teraz być? Kurwa, nie ma tak. Nie będę zawracał nią sobie głowy skoro ona i tak ma mnie głęboko w dupie. Jestem William Axl Pierdolony Rose i to ja olewam ludzi, a nie oni mnie. Ale ona nie jest dla mnie pierwszym lepszym człowiekiem, nie mogę jej tak po prostu zostawić. Rose, a ona może? Odezwał się jakiś pierdolony głośnik w mojej głowie. Nosz kurwa, jeszcze tego brakowało abym gadał sam ze sobą.
-Axl!- Ocknąłem się z zamyślenia i poczułem, że ktoś łapie mnie za rękaw i ciągnie do tyłu. Centralnie przede mną zauważyłem twarz wściekłego kierowcy, który rzucał obelgi w moją stronę po czym pokazując mi środkowy palec odjechał z piskiem opon. Co to kurwa było?!
- Czy Ty chcesz się kurwa zabić?!- Przede pojawiła się znów wściekła i wystraszona Alice.- Zostałaby po Tobie brzydka plama, wiesz?
-Dzięki... Czy coś.- Mruknąłem i obdarzając ją bladym uśmiechem ruszyłem w dalszą drogę. Mijając monopolowy sprawdziłem stan swojego portfela i uśmiechem na twarzy wkroczyłem do sklepu, a za mną oczywiście ta mała. Z lubością przeglądałem alkohole wystawione na półkach, brakowało tylko tego aby na ich widok zaczęła mi cieknąć ślinka. Zdecydowałem się na Danielsa i pół litra wódki, a co tam, zaszaleje. Alice kupiła paczkę chusteczek i teraz czekała przy drzwiach wycierając krew z wargi. Przeżyje. Zapłaciłem i z przykrością stwierdziłem, ze stan mojego portfela jest kiepski. Kiwnąłem w stronę dziewczyny dając jej znak, że możemy już wyjść. ----
- Nie wierć się tak, bo będzie boleć jeszcze bardziej!- Zganiłem ją, próbowałem obmyć jej ranę wodą utlenioną, którą o dziwo znalazłem w tym syfie, ale ona nawet próbowała mnie ugryźć! To znaczy Alice, nie woda.
- Kurwa, ja się zaraz uduszę w tym smrodzie!- I już ma łzy w oczach, no ludzie. Odgarnąłem kosmyk włosów z jej twarzy i w końcu skutecznie przycisnąłem wacik z wodą do rozciętej wargi. Sukces. Pisnęła głośno i zamknęła oczy. Poklepałem ją pocieszająco po ramieniu.
-Chłopaki się przyzwyczaili, Ty też dasz rade.- Odparłem śmiejąc się pod nosem.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, Axl jest... Jest okej. No co? Wyciągnął mnie z tego baru, podczas, gdy Izzy smacznie sobie spał. Zdezynfekował moją rozciętą wargę, a teraz rozwaleni na kanapie, wpierdalamy chipsy i oglądamy głupawe reality show. Myślę, że jak na niego to i tak dużo. Jeeeej, jak mi się chcę spać. Ziewnęłam przeciągle i oddałam swoją paczkę chipsów rudemu.
- Prześpię się trochę- Oznajmiłam, układając się wygodnie. Ten kiwnął głową i ściszył trochę telewizor.
Po dłuższym czasie leżenia i bezmyślnego gapienia się w przestrzeń, stwierdziłam, że jednak nie zasnę. Głowę zaprzątał mi ten mężczyzna z baru, o co mogło mu chodzić? Nie należę do żadnej sekty, nie mam konfliktów z dilerami ani nic, może mnie z kimś pomylił. Borze, witaj w dżungli, Alice. Zaśmiałam się cicho, czym zwróciłam uwagę Axl’a.
- Nie spisz już? – Odezwał się.
-Nie mogłam zasnąć- Odparłam i poczułam, że burczy mi w brzuchu.
- Zaśpiewać Ci kołysankę, dziecino? –To aż ociekało sarkazmem- Wiesz przecież, że głos mam cudowny- Słysząc to wybuchłam śmiechem, nie mogłam mu przecież przyznać racji, nie? Ten zrobił obrażoną minę i odwrócił się w drugą stronę, wyglądało to naprawdę przekomicznie. Zwlekłam swój leniwy tyłek z kanapy i poczłapałam do tak zwanej kuchni, umieeeram z głodu.
Otworzyłam lodówkę, ale jedyne co w niej znalazłam to światło, krakersy(!) i dwie butelki Nightraina. Świetnie, najem się do syta. Przeszukałam jeszcze znajdujące się w pomieszczeniu szafki. Oprócz kilku talerzy, trzech misek, dwóch widelców i noży, nie było kurwa nic. Ach, zapomniałam o martwym karaluchu, paczce prezerwatyw i słoiku z dziwną, nieznaną mi zawartością. Jakoś nie korciło mnie, aby przekonać się co to jest. Zrezygnowana postanowiłam zjeść schłodzone krakersy, zawsze coś.
*Perspektywa Victorii*
Obudziła mnie
suchość w gardle, nieznośny ból głowy i… karku? Otworzyłam powoli oczy i zobaczyłam jedynie
zasyfioną podłogę, gdzie Duffie? Ano tak, wisze głową w dół.
-O, panienka raczyła się już obudzić?- Uniosłam lekko głowę, ale zobaczyłam tylko kolana. Czy właśnie przemówiło do mnie jedno z nich?- To może panienka raczyłaby również podnieść swoją szanowną pupę i razem z tymi dostojnymi panami, zechciałaby opuścić ten lokal? Zamykamy. –Uśmiechnęłam się do niego szeroko, niestety między moim jednym, a drugim mrugnięciem ów kolanka zniknęły. Szkoda, były bardzo miłe.
Powolutku,
zachowując szczególną ostrożność, usiadłam. Duma wręcz mnie rozpierała.
Wtuliłam się w Duff’a i klepiąc go BARDZO delikatnie po policzku zdołałam go
obudzić. Wymamrotał cos i pierwsze, co zrobił to sięgnął po pustą już butelkę
wódki, nie no świetnie. Wstałam z kanapy i chcąc nie chcąc musiałam zawlec go
do domu razem ze sobą. Reszta jakoś sobie poradzi, wystarczy, że ich obudzę. -O, panienka raczyła się już obudzić?- Uniosłam lekko głowę, ale zobaczyłam tylko kolana. Czy właśnie przemówiło do mnie jedno z nich?- To może panienka raczyłaby również podnieść swoją szanowną pupę i razem z tymi dostojnymi panami, zechciałaby opuścić ten lokal? Zamykamy. –Uśmiechnęłam się do niego szeroko, niestety między moim jednym, a drugim mrugnięciem ów kolanka zniknęły. Szkoda, były bardzo miłe.
-Wstawać chuje!- Nie, nie mam ochoty na budzenie każdego po kolei miłymi słówkami zachęty -Slash, Steven, Izzy, Alice! Ruszyć dup… Alice?- Dobra, chyba zaczynam panikować. Sprawdzę pod stołem! Nachyliłam się i… Nie ma jej!
-Duff, Duff!- Zaczęłam nim potrząsać.- Nie ma Alice!
-Co…? Kogo?- Przejechał ręką po twarzy i wlepił we mnie swój bezmyślny wzrok. Już lekko podirytowana i zdenerwowana wybiegłam z baru, mając w dupie to, że zostawiam ich samych kompletnie skacowanych. Nie miałam pojęcia gdzie ona mogła pójść, może do domu? Wątpię, żeby w środku nocy wracała sama i to jeszcze tam. Hellhouse? Raczej by nie trafiła. A jeśli ktoś jej cos zrobił?! Mogłam zapytać się kogoś z baru, czy niczego takiego nie widział. Jak zwykle działam zbyt impulsywnie.
W niemal szaleńczym tempie dobiegłam do rudery. Po drodze nie obeszło się oczywiście bez gwałtownych zahamowań, kilku rozwścieczonych kierowców, no ale dotarłam, żywa! Szybko wbiegłam do środka i…
-Alice Richardson!
Victoria.
MOR MOR MOR!
OdpowiedzUsuńSwietne!
OdpowiedzUsuńSupi jest ten rozdział! Fajnie, że Axl i Alice się jakoś ze sobą dogadali. No i ogółem został jej hero, hoho! Izzy wieśniaku to ty powinieneś spełniać tą rolę xD No ale chuj, ważne, że jest cała i zdrowa.
OdpowiedzUsuńPls, kolejny!
Nominowałam Cię to LBA i VBA. :)
OdpowiedzUsuńhttp://welcome-to-my-fucking-paradise.blogspot.com/2014/08/versatile-blogger-award-i-liebster.html